Wybierz Strona

Rozwój potęgi woli. Część I. Wincenty Lutosławski

Rozwój potęgi woli. Część I. Wincenty Lutosławski

Spis treści

Rozwój potęgi woli przez psychofizyczne ćwiczenia według dawnych aryjskich tradycji oraz własnych swoich doświadczeń podaje do użytki rodaków

Część I – „Przedmowa”

Część II – „Odmienne tradycje”

Część III – „Warunki powodzenia ćwiczeń”

Część IV – „Rytm oddychania”

Część V – „Ćwiczenia odżywcze”

Część VI – „Umiejętność odpoczynku”

Część VII – Ćwiczenia psychofizyczne”

Część VIII – „Ćwiczenia estetyczne”

Część IX – „Ćwiczenia specjalne”

Część X – „Zakończenie”

Przedmowa

Podręcznik niniejszy powstał w lecie 1905 roku w lecznicy doktora Tarnawskiego i służył w odpisach od tego czasu wielu osobom tak skutecznie, że dziś ogłoszenie go drukiem odpowiada istniejącej potrzebie. Od publikacji dotąd wstrzymywali niektórzy lekarze, uważający poglądy Hindusów, na których się opieram, za sprzeczne z danymi współczesnej medycyny. Dlatego też wydając to dzieło, powinienem odpowiedzieć na czynione mi prywatnie zarzuty, bo nie ulega wątpliwości, że te same zarzuty, wynikające nie tyle z samej rzeczy, jak z umysłowości współczesnych naszych lekarzy, stale powracać będą. Aby zaś uzasadnić moje stanowisko, muszę zdać sprawę z doświadczeń, które mnie doprowadziły do zajęcia się ćwiczeniami psychofizycznymi.

Wincenty Lutosławski jogaPo wydaniu dzieła mego o Platonie, które stanowiło zamknięcie dziesięcioletniego okresu pracy nad tym przedmiotem, doznałem takich zmian w warunkach życia, do czasu owego dosyć jednostajnych, że już wkrótce zapadłem bardzo ciężko na zdrowiu. Choroba polegała z początku na ogólnym poczuciu wyczerpania i zmęczenia, którego ani sen, ani odpoczynek nie usuwał. Wierzyłem wtedy z większością lekarzy w skuteczność obfitego i pożywnego jedzenia, więc spożywałem dużo białka w różnych postaciach, lecz to nic nie pomagało. Z trudem mogłem podołać bieżącym zadaniom i znaczną część czasu spędzałem leżąc, szczególnie po jedzeniu. Gdy się nadarzyła pora, kiedy pilnych zajęć nie miałem, postanowiłem zaniechać wszelkiej walki z ociężałością i leżeć bezczynnie, aż będę miał ochotę wstać; uczyniwszy to latem, po kilkunastu dniach ocknąłem się z dawno nie odczuwaną rzeźkością i żywotnością, pozwalającą mi zdwoić wydajność mej pracy.

Ten stan żywotności trwał kilka tygodni, po czym znów nagle przyszła ociężałość i niemoc. Od tego czasu po sobie następowały fazy życia i śmierci, bo stan niemocy wydawał mi się zupełną śmiercią ciała, przy nie przerwanej czynności umysłowej i duchowej. Kolejno po sobie następowały letargi takie i zmartwychwstania, przy czym przejście od jednego do drugiego bywało prawie nagłe, odbywające się w przeciągu kilku minut, bez jakiejkolwiek spostrzegalnej przyczyny. Czasem okazję do zmartwychwstania dawało spotkanie kogoś sympatycznego i żywotnego. Ale najczęściej po tygodniu lub więcej letargu wstawałem i od razu zaczynałem nowe życie, z tak zupełnym złudzeniem odzyskanego zdrowia, że wydawało się, jakby tylko co przezwyciężony letarg był ostatnim i nie miał już nigdy powrócić. Podobne złudzenie mniej regularnie się zjawiało przy zapadnięciu w letarg i wtedy się wydawało, jakoby siły żywotne były już ostatecznie wyczerpane i nigdy nie miały powrócić. Złudzenia te naturalnie bywały prostowane przez rozumowanie i ciągle powracające doświadczenia zmartwychwstań z letargów. Owe letargi były to stany niemocy fizycznej i polegały jedynie na ogromnym oporze stawianym przez ciało wobec każdego ruchu. Nie sięgały one do duszy, nie stwarzały melancholii ani pesymizmu, tylko czasem budziły wielką tęsknotę do wy zwolenia ducha z niedołężnego ciała. A niedołęstwo ciała było tak wielkie, że każdy ruch – nie tylko wstanie z łóżka, lecz nawet przewrócenie się na drugi bok, otworzenie koperty otrzymanego listu, a szczególnie napisanie najobojętniejszej kartki – odkładałem do jakiejś przygniatającej ostateczności. A jednak, gdy motyw moralny był dość silny, umiałem siłą woli przezwyciężyć letarg na czas krótki – wstać, ubrać się, iść do uniwersytetu i wygłosić wykład, po którym zaraz wracałem do domu i do łóżka. Tym się tłumaczy, że podczas tej choroby stale wykładałem – w krakowskim uniwersytecie, w uniwersytetach szwajcarskich w Lozannie i Genewie, to wreszcie w Uniwersytecie Londyńskim – i nigdy żadnego wykładu nie opuściłem, ale też nigdy nie podejmowałem się wykładać więcej niż raz na tydzień. Treść wykładów bywała opracowywana w fazach zdrowia, a także w razie potrzeby podczas letargu. Wykłady miewane w letargu, z wielkim wysiłkiem woli, były bez życia, lecz pod względem treści nie różniły się od wykładów w fazie zdrowia i często ci, co mnie bliżej nie znali, nie spostrzegali wielkiej różnicy.

Letargi przytrafiały się mniej więcej co miesiąc, ale niezupełnie regularnie i trwały nie mniej niż pięć dni i nie więcej niż dni dwadzieścia. Następujące po nich fazy zdrowia trwały nie krócej niż dziesięć dni i nie dłużej niż sześć tygodni, a zwykle krócej niż trzy tygodnie. W ciągu roku więc przypadało dziewięć do dziesięciu letargów. Podczas letargu wydawałem się sobie samemu jakby umarłym co do ciała – choć duch był czynny – i te letargi stanowią pod względem psychologicznym dla mnie najcenniejsze doświadczenie, objaśniające mi stosunek duszy do ciała.

Umierałem w ciągu tych lat kilkadziesiąt razy i tyleż razy doznałem zmartwychwstania. Za życia poznałem czym jest śmierć. Nic tu nie pomagała żadna autosugestia. W ciągu mej choroby nastąpił największy przewrót duchowy, jakiego w życiu doznałem – nagłe moje nawrócenie do kościoła katolickiego, kiedy bez żadnej zewnętrznej przyczyny ani też niczyjej namowy odbyłem spowiedź generalną u ojca Wacława Kapucyna w Krakowie. Zdawało się wówczas, że całe moje życie uległo tak radykalnej zmianie, że dawna choroba musiała zniknąć równie cudownie, jak dawna niewiara. Miałem wówczas najsilniejsze przekonanie, że rozpocząłem nowe życie i że nigdy nie wróci letarg, z którego się ocknąłem tydzień przedtem. Następny wykład odbył się 14 listopada i zawierał ogólny metafizyczny pogląd na stosunek duszy do ciała, sił fizycznych i psychicznych. Wydawało mi się wówczas, że mam ogromny, niewyczerpany nadmiar sił wszelkich. A jednak w tydzień później, 21 listopada, już znów byłem w letargu i z łóżka wysiłkiem woli musiałem się dźwignąć, by nie opuścić wykładu. Następny i ostatni wykład na Wszechnicy Jagiellońskiej odbył się w dniu 28 listopada w stanie znów najlepszego zdrowia, przy niezwykłych siłach. I miałem dowód, że alternacja letargów i zmartwych wstań nie została przerwana przez nawrócenie religijne. Nie pomogły modlitwy ani częste przyjmowanie sakramentów, ani żadne wota religijne. Nie pomogły też żadne kuracje, które odbywałem od czasu do czasu bądź uzdrowiskach letnich, bądź pod ścisłym nadzorem specjalistów chorób nerwowych. Na próżno radziłem się najznakomitszych lekarzy. Wszyscy orzekli, że taka periodyczność stanów osłabienia jest trudną bardzo do wyleczenia, ale że może trwać przez najdłuższe życie bez pogorszenia. Próbowano elektryczności, masażu, hipnozy, lekarstw wewnętrznych – bez żadnego skutku.

Gdy ani lekarze ani księża nie mogli mi pomóc – a życie tak często przerywane wydawało się bytem zbyt niepewnym, postanowiłem sam sobie znaleźć drogę wyjścia z położenia tak nieprzyjemnego. Osiadłem w Londynie i korzystając ze zbiorów British Museum, zacząłem czytać wszystko co mogłem tam znaleźć o zdrowiu, stosunku ducha do ciała i różnych metodach zwalczania chorób chronicznych. Zagłębiając się w tę literaturę spostrzegłem, że odwieczne doświadczenia, znane pod nazwą jogi w Indiach, przenikać zaczynają teraz do Ameryki dzięki misjonarzom indyjskim, uczniom znakomitego pustelnika Ramakriszny. który polecił im działanie na dalekim zachodzie. Przekonałem się, że niektóre najnowsze badania zachodniej nauki filozoficznej potwierdzają dawne tradycje indyjskie. Amerykanie najśmielej stosują dawne przepisy, a po części sami nowe wymyślają, zaczynając wierzyć w możliwość nieograniczonego przedłużenia życia.

Na wiosnę następnego roku rozpocząłem w Londynie ćwiczenia oddychania, lecz nie zachowawszy właściwej miary, nie osiągnąłem skutku i jeszcze ciężej zapadłem w niemoc. Jednak postanowiłem powrócić do ćwiczeń w lepszych warunkach i szukałem stosownego miejsca w Walii, Kornwalii i na wyspach Scilly – ale nigdzie tam nie znalazłem odosobnienia, które jest potrzebne do zupełnego powodzenia. Zdecydowałem się opuścić Anglię i ze zbiorem książek o jodze wyruszyć na dłuższy pobyt do Kosowa, gdzie już dawniej spędzałem po kilka miesięcy z wielkim zadowoleniem. Przybyłem do Kosowa w lipcu i zacząłem starannie stopniowane ćwiczenia, opierając się na niniejszym podręczniku, który tam opracowałem. Jeszcze dwa razy doznałem letargu – lecz gdym z ostatniego letargu się dźwignął 20 sierpnia i na nowo rozpocząłem ćwiczenia, letarg nie wracał i nie powrócił dotąd.

Opierając się na listach ode mnie otrzymanych, znakomity psycholog amerykański William James opisał moją kurację w wykładzie wygłoszonym na kongresie w Nowym Jorku. Miałem napisać o tym nowe i obszerniejsze dzieło, z uwzględnieniem narastającej w ostatnich latach literatury przedmiotu i zebranych w Ameryce wiadomości – lecz postanowiłem wprzódy wydać rękopis pierwotny niniejszego podręcznika, który ma to znaczenie, że posłużył mi dla odzyskania zdrowia.

Wątpliwości lekarzy tyczą się głównie prądów prany w organizmie i wpływu modlitwy. Ale jeśli pewien całokształt ćwiczeń, obejmujący wyobrażenie prądów prany i wpływ modlitwy, dał mi zdrowie, to nie mam prawa z tego całokształtu nic usuwać, a tym mniej to, do czego sam we własnem przekonaniu przywiązuję największą wagę. W literaturze współczesnej fizjologii nie znajduję nic takiego, co by mogło służyć za dowód, że owe prądy prany w organizmie istnieć nie mogą. Fizjologia europejska bada to, co jest głównie dla wzroku dostępne w ciałach ludzi żyjących zwykle i nic nie może orzekać o procesach zachodzących w ciałach ludzi prowadzących ćwiczenia psycho fizyczne. Kto zaś chce te ćwiczenia wypróbować, nie powinien sobie utrudniać zadania, eliminując z nich zalecane wyobrażenia, skoro punktem wyjścia i podstawą ćwiczeń jest wiara w siłę twórczą wyobraźni. Bez takiej wiary trudno by wytrzymać surową dyscyplinę tych ćwiczeń, a ćwiczenia same bez działania wyobraźni byłyby jak ciało bez duszy. Kto chce te ćwiczenia osądzić i wypróbować, ten powinien je wykonywać najprzód ściśle, a wprowadzać ewentualne zmiany osobiste stopniowo i powoli.

Nie są to ćwiczenia tylko mięśniowe, lecz psychofizyczne, więc wykonywanie samych ruchów, bez towarzyszących im wyobrażeń, nie miałoby wcale tego samego znaczenia. Te wyobrażenia, według wiekowego doświadczenia Hindusów, potwierdzonego w now­szych czasach przez liczne próby w Ameryce, są ważnym, a nawet zasadniczym pierwiastkiem ćwiczeń.

Doniosłość ich wcale nie zależy od ewentualnego ich naukowego zbadania. Do tego, by chodzić, wcale nie jest potrzebne znać całą anatomię stopy. Badanie fizjologiczne nawet żywych organizmów, dopóki nie są one poddane świadomemu działaniu woli i wyobraźni, w żaden sposób nie może dać pewnych wniosków o skutkach takich ćwiczeń, jak te, które tutaj są podane. Aby o nich sądzić, trzeba je wypróbować i to w pełni przez czas dłuższy niż trwają zwykłe fizjologiczne eksperymenty, bo przebudo wanie i przeobrażenie ciała wymaga, według zgodnych świadectw tych co go dokonali – lat kilku lub kilkunastu.

Tylko istnienie takich ludzi wśród nas będzie dla nas prawdziwą okazją do naukowych badań i sądów o jodze. Wytrwanie jest niezmiernie trudne w obecnych politycznych warunkach, gdy życie nasze narodowe wymaga prawie ustawicznie rabun kowej gospodarki i wyczerpywania kapitału sił żywotnych, na zadośćuczynienie bieżącym najpilniejszym potrzebom. W takim położeniu nawet liczne niepowodzenia jeszcze niczego by nie dowiodły. Tysiące prób nieudanych nie ma takiej doniosłości, jak jedna udana, a największa ilość niepowodzeń wcale nie dowodzi niemożliwości powodzenia.

Przeprowadzenie obiektywnego dowodu skuteczności ćwiczeń psychofizycznych wymagałoby specjalnej pracowni, pomieszczonej w górach, wśród najczystszego powietrza i przy obfitości najczystszej wody, dostarczającej także siły potrzebnej dla elektryczności. Tylko w ten sposób moglibyśmy w naszym klimacie wytworzyć warunki podobne do tych, jakie natura dała Hindusom. W takim nowożytnym klasztorze, nie skalanym ani zwierzęcą strawą, ani alkoholem, ani tytoniem, ani ogniem kuchennym, mieszkaliby ludzie, poświęcający życie pracy nad zbadaniem warunków przeobrażenia ciała przez wpływ ducha. Zdobyte siły ducha ci ludzie powinni zastosowywać do zadań umysłowych i wychowawczych, więc wydawaliby dzieła i wysyłaliby na kraj cały misjonarzy, którzy by nie tylko słowem , ale całą swą postawą, wyrazem twarzy, wytrzymałością, wpływem zbawiennym na wszystkich, którzy się z nimi stykali, dowodzili skuteczności przyjętej reguły życia.

W takim ognisku doświadczeń psychofizycznych, w miarę jakby siła tam skupiona wzrastała, znalazłoby się miejsce na zastosowania lecznicze i wychowawcze. Z czasem poniżej pracowni naukowej powstałaby lecznica dla rozbitków życiowych, którzy by tam szukali odrodzenia ciała i ducha, a między jednym zakładem a drugim także stanęłaby szkoła dla takich dzieci, których rodzice nie baliby się odstępstwa od tradycji przekar miania i dogadzania zmysłom wychowanków. Dopóki na taką instytucję nie ma jeszcze ani środków, ani ludzi – ci co wierzą w jej skuteczność, niczym nie przyczynią się tak skutecznie do jej powstania, jak przez ustawiczne wysiłki w pracy nad sobą, nawet wśród najmniej odpowiednich warunków własnego istnienia.

Niniejszy podręcznik da im wskazówki do wypełnienia owocnego każdej wolnej od obowiązków chwili. Ale nie trzeba zapominać nigdy, że ćwiczenia tylko tym pomogą, co usuną ze swego życia najgorsze słabości ducha i ciała – mianowicie rozpustę, alkohol, tytoń, nadmiar jedzenia i nadmierny pośpiech w pochłanianiu nadto pożywnych potraw. Im więcej będzie ludzi dotrzymujących przynajmiej tych elementarnych warunków równowagi ciała i ducha, tym prędzej dojdziemy do świadomej i celowej pracy.

Przy takiej pracy można by o tyle przyspieszyć naturalną ewolucję rodzaju ludzkiego, że w kilku pokoleniach więcej postąpilibyśmy, niż w całej epoce historyczne znanej cywilizacji. Potrzeba do tego ludzi łączących rozległe umysłowe horyzonty z niepospolitą siłą charakteru, zapewniającą wytrwanie na raz obranej drodze, wbrew tylu odwodzącym ich z tej drogi pokusom i tylu istotnym trudnościom. Wiele bowiem niepewności i wątpliwości otacza tych co wkraczają na niezbadane szlaki, ponosząc ciężkie ofiary i wyrzekając się wielu znanych i doświadczonych już zadowoleń dla odległego i niewypróbowanego ideału.

W żadnej literaturze ten ideał potęgi ducha nie został wyrażony w tak porywających obrazach, jak to u nas uczynili Mickiewicz, Słowacki i Krasiński. Ale oni widzieli z daleka obiecaną ziemię, sami nie mając sił, aby dotrzeć do niej – i w bohaterskiej walce zostali zwyciężeni. Zwyciężeni zostali dlatego, że nazbyt często w imię natchnienia lekceważyli rozum. Chcąc budować gmachy niebotyczne i wiedząc o możliwości takich gmachów, nie zastanawiali się nad technicznymi warunkami wypalania cegieł i badaniu ich wytrzymałości. A tu natchnienie wskazuje nam cel, lecz myśl niezbędna jest dla opanowania środków. Trzeba rozumem i doświadczeniem utorować drogę dla natchnienia i nie wyrzekać się żadnej zdobyczy, żadnego doświadczenia, żadnej ostrożności w tym upojeniu na tchnienia, gdy nieskończoność zdaje się otwartą. Kto przebył mękę wielokrotnej śmierci po zachwytach tyluż zmartwychwstań, a wyzwolił się pracą myśli, szukającej w zapomnia nym doświadczeniu ludzkości wskazówek do nowych doświadczeń i wykonując do świadczenia przez myśl wskazane, aż się zaczęły uchylać tajemnice dotąd otaczające przebłyski natchnień i źródła żywotności – ten musi z żalem patrzeć na marnowanie żywotów i sił w narodzie, któremu wieszczowie wskazali tak wyraźnie krainę cudowną wolności jaźni i potęgi ducha. A iluż to ludzi wierzących w tę potęgę zarazem ją podkopuje swą nieznajomością elementarnych warunków utrzymania ciała w zależności od ducha. Jakież to smutne zaślepienie tych, co na Mickiewicza się powołując, wyobrażają sobie, że marne zado­wolenia płynące z używania tytoniu lub alkoholu nie przeszkadzają w niczym rozwojowi potęgi ducha, zdobyciu natchnienia.

Na tej drodze ćwiczenia psychofizyczne mają doniosłość ogromną, prawie zupełnie jeszcze nie wypróbowaną u nas, gdzie są najwięcej potrzebne.

Jakkolwiek wybór tych ćwiczeń podany tutaj jest ograniczony, a może niektóre nie okażą się dla wszystkich odpowiednie, to nie można ich osądzać bez długiej próby. Niektóre z tych ćwiczeń, jak np. ograniczenie jedzenia i dokładne przeżuwanie każdego kąska, mogą same przez się spowodować ogromny przewrót w fizjologicznych, a nawet psychicznych warunkach życia. Rzadko w jakim zakresie doświadczenia ludzkiego tak małe przyczyny miewają tak poważne skutki.

Najważniejszym pierwszym krokiem na drodze psychofizycznych ćwiczeń jest stop niowe, świadome ograniczanie ilości jedzenia przez doskonałe przeżuwanie każdego kąska tak, żeby się sam w ustach rozpływał. Przy takim jedzeniu mniejsza ilość jedzenia nasyci, a głód nie będzie tak często dokuczał. Następnie trzeba i na jakość jedzenia zwrócić uwagę, wykluczając przede wszystkim ze stałego użytku kawę, herbatę, czeko ladę, a także wszelki alkohol – potem jeszcze mięso, ryby, jaja, ciastka, słodycze, fasolę, groch, soczewicę, grzyby. Przy tym trzeba zaniechać jedzenia w ciągu ostatnich 5-6 godzin przed snem i w ciągu 2-3 godzin po wstaniu, co się da najlepiej uskutecznić, gdy się jada tylko dwa razy dziennie: o dziewiątej i o piętnastej lub o dziesiątej i o szesnastej, pijąc przy tym regularnie wodę na jedną, dwie i trzy godziny przed jedzeniem.

Dopiero po takiej reformie odżywiania warto przystąpić do ćwiczeń oddychania, zaczynając od prostego rytmicznego oddychania i stopniowo ucząc się oddychać coraz to powolniej, aż się dojdzie do tego, że przez czas dłuższy, np. przez pół godziny można oddychać po 2 razy na minutę bez zmęczenia płuc.

Osiągnięcie tego rezultatu wymaga nieraz całego roku codziennych ćwiczeń, upra wianych kilka razy dziennie, z początku po kilka, później po kilkadziesiąt minut. Dopiero po takim zwolnieniu rytmu pożyteczne będą szczegółowe ćwiczenia, opisane w rozdziale IV, a daleko później ćwiczenia rozdziału VI, których nikomu nie godzi się zalecać przedwcześnie, bo mogą bardzo zaszkodzić i faktycznie zaszkodziły wielu nieopatrznym czytelnikom pierwszego wydania „Rozwoju Potęgi Woli”, którzy nie zwrócili uwagi na liczne zastrzeżenia co do tych ćwiczeń czynione. Ćwiczenia zaś opisane w rozdziale VIII tylko wyjątkowo mogą być pożyteczne niektórym jednostkom w Europie i należy opis ich uważać raczej jako ciekawą informację, niż jako zachętę do praktyki.Natomiast wszyscy mogą z dobrym skutkiem zaraz rozpocząć ćwiczenia opisane w rozdziale V i VII, jako nader pożyteczne i nie mogące nigdy zaszkodzić.

Przy takich zastrzeżeniach książka ta będzie pożytecznym podręcznikiem, choć nie daje odpowiedzi na takie teoretyczne pytania, które mi najczęściej były stawiane przez Czytelników – jak np. co to jest prana, jak działa wola na pranę, a prana na nerwy? Na te pytania prawdopodobnie odpowiedź zadowalającą będzie można dać dopiero wtedy, kiedy najzawilsze i najtrudniejsze tu opisane ćwiczenia będą prowadzone przez wiele osób, pod ścisłą obserwacją naukową, za pomocą narzędzi obiektywnie stwierdzających stan organizmu – czego nikt dotąd nie przeprowadził. Tymczasem zaś wszelka ich sumienna ocena zależeć będzie od indywidualnych doświadczeń, wśród których zawsze trafi się znaczna ilość nieuchronnych niepowodzeń. Ale dziesięć niepowodzeń mniej dowodzi, niż jedno doniosłe powodzenie, jak to, którego doświadczyłem sam na sobie.

– –

Wincety Lutosławski (6 czerwca 186328 grudnia 1954) – profesor filozofii, mesjanista, poliglota, publicysta i działacz narodowy. Prekursor jogi w Polsce. Poniższy tekst stanowi przedmowę do książki pt. “Rozwój potegi woli przez psychofizyczne ćwiczenia według dawnych aryjskich tradycji oraz własnych swoich doświadczeń podaje do użytki rodaków, w której opisuje jak dzięki jodze wyleczył się z ciężkiej nerwicy i rozważa znaczenie woli i wyobraźni na stan naszego zdrowia i życia. Książka ta jest pierwszym podręcznikiem jogi autorstwa Polaka.

O autorze

Trackbacks / Pingbacks

  1. Grudniowy edytorial od redaktora naczelnego. Maciej Wielobób - [...] “powieści w odcinkach”, zapoczątkowanej u nas na portalu bodajże przez pamiętny “Rozwój potęgi woli” Wincentego Lutosławskiego. Zachęcamy też Was…

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *