Wybierz stronę

Indie z miłością i śmiechem. I to jest moc Indii! ~ Piotr Bielski

Indie z miłością i śmiechem. I to jest moc Indii! ~ Piotr Bielski

Bombaj

Jakaś 07:00, może 08:00 rano. Czas dla mnie nie ma znaczenia, ale dla tych wokół mnie chyba tak. Czekam na peronie miejskiej kolejki na dworcu Andherii. Mnóstwo ludzi. Mnóstwo mężczyzn. Właściwie to sami mężczyźni. Obowiązkowo wąsaci. W koszulach z długim rękawem i w sztywnych, obcisłych spodniach z gwarancją „d..ościsku”. Wiadomo, że o tej porze pociągi jadą tylko do roboty. Zatrzymuje się jeden z nich, taka bombajska SKM-ka. Faceci skaczą na bij, zabij do środka, przepychają się łokciami. Walka o przetrwanie. Prawo dżungli. Tak, jakby od tego, czy będziesz w tej kolejce, czy tej za 5 minut, zależało nie tylko to ich życie, ale i kolejne wcielenia. Nazwij to, jak chcesz, ale Indie to nie tylko święci i aśramyii. Takiej żywotności i totalnego ukierunkowania na cel jeszcze nie widziałem nawet w mieście Meksyk. Odpuszczam. Ja nie mam tu żadnej konkretnej roboty do wykonania. W tym mieście, a może i na tym świecie, choć z tym jeszcze poczekajmy. Po prostu jestem, czekam, obserwuję. Kolejny pociąg, nadciągają kolejne posiłki, nie wszyscy dostają się do środka. Ci, co się nie dostali, wiszą na zewnątrz trzymając się prętów. A przecież znam już trasę. Potem pociąg wjedzie w tunel i stanie się metrem, a oni w tych ciemnych korytarzach, w totalnej niejasności, całkowitej bezświetlności będą jakoś zwisać i ufać, że jadą do właściwego celu. Pewnie robią to codziennie, wszak dzisiaj wtorek, a może czwartek, nie jakiś tam specjalny dzień typu niepodległość, mecz Indie-Pakistan w krykieta czy darmowa moksza dla wszystkich.

Piotr Bielski "Indie - z miłością i śmiechem"

Piotr Bielski “Indie – z miłością i śmiechem”

Za trzecim podejściem mówię sobie: „K…a mać, to się nigdy nie skończy. Jak chcesz wejść do środka, stań się taki jak oni, płyń ze strumieniem, go with the flow!” I skaczę jak z bungee, za Ojczyznę, za Bogurodzicę, za Doświadczanie, za Mother India, „Om Namah Shivaya”, ląduję w środku przyciskany z każdej strony. Dostało mi się łokciem w ucho, ale nawet gość mnie przeprosił i nazwał “my friend“, zupełnie bez komercyjnych podtekstów, wcale nie zatrzymując się w biegu. Pociąg rusza, szok, jestem w środku, absolutnie ugniatany, dociskany, mielony, przekabacany w tę i tamtą, na Młociny i Kabaty. Nagle słyszę dźwięk. Nie wierzę. Niemożliwe! „Om Namah Shivaya, Om Namah Shivaaa-ya!” Skąd to dobiega? To jakiś sen! Zaraz jakaś dłoń podaje mi pomiędzy kolejnymi mimowolnymi kuksańcami ryż. Prasadv. Dar od bogów. Nie sposób odmówić. Mniam, mniam. Dostaję też z innej strony słodkie ciastko. „Hare Krishna, Krishna Krishna, Hare Hare…”. Kołyszemy się, uśmiechając się do siebie, z innymi stłoczonymi w męskim wagonie. Matko Boska, Matko Kalivi, tutaj normalnie jadą jacyś pielgrzymi! Tacy ubrani pewnie na fioletowo, jakich wczoraj widziałem przed tą dużą, arcyważną świątynią Ganeśa. Przyszli ze swojej wioski ze skrzynką ze swoimi bogami, grali na bębnach. Potem poszedłem z nimi na plażę, a bogów nakarmionych kokosami, „nawibrowanych” bębnami, namaszczonych olejem sandałowym, opłukanych w mleku podpalono świętym ogniem Agnivii i puszczono wolnych na morze. Tak jestem ciekaw, by poznać tych pielgrzymów. Aż dojeżdżamy do ostatniej stacji. Centrum bombajskiego City. Wszyscy nagle wychodzą i znika cały kolor. Mężczyźni w marynarkach zdejmują obrazki z Kryszną i Śiwą, które wisiały na szybie. Pochowali już bębny, idą zwyczajnie do roboty w absolutnie „ordynarnych office’ach”. Jakiś dziadek, który przeżył i tę wojnę, mówi mi, widząc, że jestem krok od oświecenia, że ludzie nie mają czasu, by zajrzeć rano do świątyni, więc po drodze do pracy starają się pomodlić. W sumie, dlaczego nie? Przecież modlitwa szczerze zmówiona w domu, lesie czy metrze ma większą moc niż odklepana w kościele.

"Cała plaża śmieje się z nami." - Fot. Piotr Bielski

“Cała plaża śmieje się z nami.” – Fot. Piotr Bielski

To doświadczenie długo we mnie pracowało. Mógłbym je skrajnie różnie ocenić. Na przykład jako dowód oderwania od życia indyjskiej duchowości, która sprowadza się do pewnych odrealnionych formułek. Tutaj wznoszą pieśń do Boga, a drogę sobie torują kuksańcami, zamiast wsiadać z namaste i kontaktem z Bogiem w oczach drugiej osoby bądź w „uduchowiony” sposób innych puszczać przodem. Albo inaczej, wręcz przeciwnie, mógłbym ugiąć się pod urokiem tego obrazu, jak silna jest tu duchowość, że nawet w zatłoczonym metrze, w godzinach szczytu, w totalnym ścisku i harmidrze grają i sławią chwałę Pana, jednocześnie dzieląc się prasadem z bliźnimi. A ja nie przywiązuję się ani do tej, ani do tamtej perspektywy. Duchowość ani się nie zdegenerowała, ani nie jest zniewalająco silna. Po prostu duchowość sobie jest i zwykły świat też sobie jest, a ich skrzyżowanie wymyka się umysłowi, jego ocenom, kategoryzacjom, nie mieści się w żadnej mentalnej szufladeczce. I dlatego tak bardzo kocham Indie.

[Fragment książki: „Indie – z miłością i śmiechem. Przewodnik subiektywny”]

Fot. Piotr Bielski

O autorze

Piotr Bielski

Pionier jogi śmiechu w Polsce, socjolog, podróżnik, autor książek „Joga śmiechu. Droga do radości” (2016) i „Indie z miłością i śmiechem. Przewodnik subiektywny” (2017), organizator autorskich wypraw do Indii, szczęśliwy mąż Anety i tato Rozalki, więcej: joginsmiechu.pl i fb: Jogin Śmiechu

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *