Wybierz Strona

Praktyka w domu, to nie dla mnie… Czyżby?

Praktyka w domu, to nie dla mnie… Czyżby?

rozproszeniePraktykujący dwie do trzech godzin dziennie, z zachowaniem wszystkich zasad i ograniczeń, zacznie wyraźnie dostrzegać odpowiednie korzyści po roku.

„Yoga Makaranda” Sri T. Krishnamachaya

 

Jakieś dwa lata temu przeczytałam, że praktyka jogi przynosi prawdziwe owoce, jeśli odbywa się codziennie o tej samej porze, w tym samym miejscu… Mało tego, tylko osoba ćwicząca codziennie może powiedzieć, że praktykuje jogę. Dla osoby pracującej, rodzica dwójki dzieci, ogólnie człowieka typowego = zabieganego, dokładniej zaś dla mnie – to był nokaut. Pomyślałam, ok, mam, co mam, mogę, co mogę. A w gorsze dni myślałam, że w takim razie joga jest do d… dla kogoś innego.

W naszym życiu parę prostych rzeczy jest z-lekka-nie-tak. Mamy kłopot z postawieniem sobie realnych oczekiwań względem co ważniejszych aspektów. W sferze zawodowej: czy praca ma być po prostu źródłem dochodów niezbędnych do życia, czy ma przynosić satysfakcję, a może wręcz spełnienie? Czy źle, jak jest odskocznią od życia domowego? Czy może mamy robić, co trzeba i przetrwać ten czas w trybie offline? Mamy kłopot z odnalezieniem się w roli rodzica, robimy wiele rzeczy nieświadomie, nie zawsze kierując się intuicją, często w głowach huczy nam coś zasłyszanego, przeczytanego, nie koniecznie pasującego do naszych dzieci, nas samych. W związku, w przyjaźni często zgadujemy, szukamy, nie zawsze działamy ze spokojem.

Szukamy schematów, a przecież nie ma dwóch takich samych sytuacji. Ilość zmiennych okoliczności powoduje, że jeżeli nie będziemy tu-i-teraz, nie uda się wyjść z uczuciem, że wszystko jest ok tak, jak jest. Zawsze dopadną nas ambiwalentne odczucia. Mogłam/mogłem zrobić tak, mogłem/mogłam powiedzieć to.

Mamy więc swoje życie, często wypełnione po brzegi. Mamy mnóstwo wypracowanych, mniej lub bardziej świadomych mechanizmów, które pomagają nam się relaksować, sprawiają przyjemność, dają poczucie bezpieczeństwa. I nie zawsze mamy dwadzieścia, albo chociaż trzydzieści lat, kiedy dopada nas joga. I chęć pogłębienia praktyki.

Nastawienie

Odłóżmy matę na razie w kąt. Książki, sekwencje z zajęć, joga na dvd – niech poczekają. Pomyślmy chwilę spokojnie o czasie, jakim dysponujemy. Ile go poświęcamy pracy, ile dzieciom, ile potrzebujemy na sen. Jakie mamy ulubione rytuały codzienne, weekendowe, co pomaga nam zapewnić lub przywrócić równowagę? (Oczywiście, zanim joga stanie się tym rytuałem.) Kiedy jadamy? Kiedy znajdzie się czas na praktykę poprzedzony dwiema godzinami bez jedzenia? Czy jesteśmy nocnymi markami, czy rannymi ptaszkami? Jak idzie nam wprowadzanie do swojego życia nowości, zwłaszcza czasochłonnych? Czy potrafimy się zaprzeć i wytrwać, zwłaszcza po ustaniu początkowego entuzjazmu? Czy łatwo wracamy na utarte ścieżki?

Gdzie możemy ćwiczyć jogę? Czy znajdzie się miejsce w naszym domu na matę? Tu opowiem o krótkim filmie z Youtube, na którym pewna mama ćwiczy w pokoju dzieci, w ich obecności, towarzyszy im również pies. (Mama daje przy okazji różne rady praktykującym widzom, np. „bądź odporny na zaczepki”. Zaczepek nie brakuje: „mamo, co robisz?”, „mamo, a dziś w przedszkolu…”, „mamo, a zrobisz mi pić?”)

Taka sucha ocena sytuacji przeniesie potencjalne wymówki na listę obiektywnych i spodziewanych zdarzeń, które stanową tymczasową przeszkodę. Wypracujemy nastawienie, które pomoże nam cieszyć się najmniejszym sukcesem.

Kiedy zacząć?

Kiedy pojawi się taka myśl. Ale: bez presji, bez ciśnienia. Ponieważ – obowiązuje całkowity zakaz wciągania praktyki jogi na listę zadań. Zmuszanie się grozi paskudną konsekwencją – praktyka może wejść na listę „obowiązków”. Jesteśmy niecierpliwi, „szybko-i-skutecznie” to bardziej lub mniej świadome oczekiwanie względem wszystkiego. A praktyka, nawet samych asan, to wzorcowy test na cierpliwość.

Dajmy sobie czas. Dużo czasu, liczonego w miesiącach, nawet latach. Próbujmy, co jest możliwe, co faktycznie da się zrealizować. Obowiązuje całkowity nakaz szukania obiektywnych przyczyn, przez które nie udało się ćwiczyć. Wpasowanie praktyki w grafik to nie drobne korekty w planie tygodnia. Praca, dzieci i ich zajęcia, rytuały codzienne, weekendowe, urlopy, choroby (własne, dzieci, niani…), obowiązki domowe – dużo, prawda? Do tego szalone tempo rozwoju potomstwa, zmieniające się plany lekcji, nadgodziny w pracy. Chylę czoła przed każdym, kto zdoła, oprócz uczestniczenia w zajęciach z nauczycielem, spędzać regularnie jakiś czas na macie w domu!

Peg Mulqueen umieściła na swoim blogu przepiękny tekst o swojej mamie, „idealnej jogince”, która: „nigdy nie nauczyła mnie wygięcia do tyłu albo pozycji odwróconej, nie zna ani jednej sutry, a pozostaje moją inspiracją i największym nauczycielem, jakiego miałam”.

Dlatego pamiętajmy, że asany to nie wszystko, medytacja, to nie wszystko. I w momencie, kiedy przemknie myśl: „nie dam rady, znów się nie uda”, pamiętajmy, że wszystko jest ważne, a praktyka wychodzi poza matę. Wstawiamy absolutną nowość w trzydzieści albo więcej lat poukładanego życia, najczęściej nie tylko swojego, ale partnera, dzieci… To wymaga czasu.

Osiągnięcie jako takiej orientacji w temacie „joga” zabiera około pięć lat. Tak naprawdę pierwsze pięć lat praktyki powinniśmy traktować jako przygotowanie do praktyki właściwej. To bardzo niemarketingowe, może nawet zniechęcające. Ale jeżeli rozważamy pogłębienie praktyki (całej, nie samej znajomości asan), wiemy już, że decydujemy się na wyprawę w wysokie góry. Trudną, mozolną, ale gwarantującą zapierające dech widoki.

Kiedy, ile, jak ćwiczyć?

Sprawdźmy! Zacznijmy od trzydziestu minut rano, raz w tygodniu. Albo jednej godziny, dwa razy w tygodniu. Róbmy same powitania słońca, dodajmy kilka asan, albo usiądźmy na dziesięć minut do medytacji. Jeśli uda się, róbmy więcej, jeśli nie, róbmy mniej. Zobaczmy, czy rano przed pracą się uda (element zaskoczenia – głowa zaspana, orientuje się dopiero po 5-10 minutach, że nie leży, a ćwiczy jogę!). Wieczór – tu zawsze trzeba utrzymać dyscyplinę z jedzeniem i starać się wchodzić na matę co najmniej dwie godziny po posiłku. Jeżeli nie dopada nas zmęczenie – świetna pora! I obowiązuje zasada: każda praktyka jest udana i ważna.

Warto pochodzić dłuższą chwilę na zajęcia i przyswoić sobie zestawy asan, z powitaniami słońca na czele, dla upłynnienia pracy w domu. Można skorzystać z mnóstwa zestawów w Internecie. Ustalenie sekwencji na początku jest niezbędne.

Moja praktyka nabrała kształtu po zapoznaniu się z I Serią Ashtangi. Zapamiętałam zestaw i nie musiałam zastanawiać się: a co teraz? Nie myślałam, nad czym powinnam popracować (słaby brzuch, bóle w biodrach), miałam tam wszystko w Pierwszej Serii. Medytacja pojawiła się niedawno w tak zwanym zestawie. Po czasie dodałam zwykłe ćwiczenia wzmacniające brzuch i szeroko pojęty środek ciała, bo oporne są niezwykle, oraz pozycje-słodycze, które mają poprawić humor po-tym-wszystkim – łatwe, ładne i przyjemne.

Jednak jest pewne o wiele bardziej pożądane źródło wiedzy…

Nauczyciel

Niezbędne wsparcie! Pewnie każdy nauczyciel z przyjemnością wesprze nas w takim postanowieniu. Warto pomyśleć o prywatnej lekcji, która pomoże ustalić plan. Bo przecież to „przez nią” lub „przez niego” pojawia się temat praktyki domowej. Inspirujący nauczyciel, który rozbudza ciekawość co-może-zrobić-ciało, potem co-może-odpuścić-głowa – to ona/on stoi za tą rewolucją! Na zajęciach zasypuje informacjami na temat pozycji i po cichu liczy, że przetworzymy je później w domu. Bo ona/on wie, że nie ma pogłębiania praktyki bez spokojnej pracy własnej, bez wsłuchiwania się w siebie, bez odtwarzania w głowie instrukcji z zajęć i powolnego procesu zapamiętywania tego nie głową, ale ciałem, każdą „zainteresowaną” jego częścią. Musimy przede wszystkim jednak przyjść po wsparcie przygotowani, świadomi własnych możliwości, głównie czasowych. Często zdarza się, że nauczyciel prowadzi zupełnie inne życie, może nie mieć wystarczającego doświadczenia = zrozumienia, musimy zachować rozsądek i otwartość w początkowym etapie docierania się.

Zero oczekiwań

Jesteśmy ludźmi, zawsze mamy oczekiwania, ale – nie bądźmy mocno przywiązani do tego, na co liczymy. Pozbycie się bólu w plecach, uelastycznienie ciała, utrata kilogramów – tak, uda się, prędzej czy później. Ale zaczynając jakąkolwiek przygodę w życiu, mamy niewielkie pojęcie, co może się zdarzyć. Zwykle zaczynamy praktykę jogi skupieni na swoim ciele. Kino MacGregor pięknie powiedziała na jednym z warsztatów, że za każdym razem, kiedy utykamy w praktyce asan, musimy zatrzymać się i poszukać przyczyn głęboko w sobie. Tak właśnie jest – to, co zaserwuje nam praktyka w domu, zaskoczy nas nie raz. I z czasem bardzo zmienią się nasze cele. Nieoczekiwane zjawiska, często nie mające związku z asanami, staną się naszymi osiągnięciami.

Nie obarczajmy praktyki w domu niczym. Szybko okazuje się, że bazuje ona tylko częściowo na aktywności fizycznej. Musimy się zmierzyć z samodyscypliną, oporami w ciele, naszą reakcją na zwalnianie tempa w (jakże cieszących i motywujących) postępach czy przerwy w praktyce i mobilizowanie się na nowo. Zdarza się, że los niemal z premedytacją rzuca wyzwanie naszej wytrwałości, piętrząc niespodzianki. Możemy obawiać się, że ćwicząc bez nauczyciela nie wyczujemy momentu przejścia z uczucia dyskomfortu do szkodliwego bólu. Niekiedy musimy przełamać skrępowanie, jakie może towarzyszyć ćwiczeniu w obecności dzieci czy partnera. Mogą nas dopaść dylematy związane z wiarą, krytyka innych członków rodziny.

Czy przeczytamy o tym w „Yoga Makaranda”, doszukamy się tego w „Jogasutrach”?

Uznanie praktyki (zajęcia, warsztaty, ćwiczenie w domu) za coś na tyle ważnego, żeby w pewien sposób podporządkowała się jej również rodzina też może stanowić przeszkodę. Trzeba znaleźć równowagę również w tej kwestii, dokonywać wyborów. Bycie rodzicem, jak powiedziała mistrzyni Zen, Bon Yo, ma wiele wspólnego z byciem Bodhisattwą, chcemy przede wszystkim służyć ukochanym. A we współczesnym świecie, jeżeli wszystko-jest-jednym, wydaje się to bardzo pożądaną postawą i drogą do Samadhi.

Maya Devi Georg, moja „korespondencyjna” nauczycielka jogi nazywa wyobrażenie o tym, że prawdziwy jogin równa się mnich, bzdurą. Można mieć rodzinę i rozwijać życie duchowe. Tyle, że jest to trudniejsze.

„Pattabhi Jois założenie rodziny uważał za ostatnią serię Ashtangi. Według tradycji w Indiach, nawet według filozofii jogi jest to potrzebne. Wedanta i filozofia wedyjska warunkują prawo do odprawiania rytuałów shraddha (upamiętniających przodków, szczególnie zmarłych rodziców, łagodzących ich karmy, czyli również nasze karmy) posiadaniem dzieci.”

Praktyka asan wydaje się zabierać najwięcej czasu, godziny spędzone na macie (raz jeszcze: zajęcia, warsztaty, praktyka własna) najbardziej ingerują w nasze życie. Niezasłużenie awansują tym samym do czegoś naprawdę znaczącego. Owszem, dla ludzi zachodu, siedzących średnio 8 godzin dziennie (nie liczymy snu!), praktyka asan ma nieco inne i naprawdę duże znaczenie. Jednak asany to nie jedyny, ale jeden z ośmiu stopni jogi. I nie najbardziej wymagający. Nie praktykujemy asan, a bycie dobrym człowiekiem, partnerem, sąsiadem, przyjacielem czy rodzicem.

Po trzech latach układania się z praktyką w domu mogę powiedzieć, że im dłużej się to robi, tym łatwiej wrócić do rytmu po przerwie (duuużo przerw). Przerwy przestają być czymś złym, ponieważ mamy w jogowym CV całe miesiące regularności vs. tygodnie przerw. Im dłużej się to robi, tym łatwiej, bo nagle to staje się czymś zwykłym. Teraz, oprócz kotów (Caturanga i deska z kotem na plecach, rzadziej Purvottanasana ze zsuwającym się kotem z ud, Savasana zawsze z kotem) – nikt na mnie nie zwraca uwagi. Czasem przyjdzie młodszy syn, zapyta: mamo, tak? Przyjmie pozycję, której jedynym celem jest przewrócić się, następnie mnie (spadają również ewentualne koty). Innym razem przyjdzie starszy syn i zapyta: mamo, tak? I zademonstruje pozycję z co najmniej drugiej serii Ashtangi, denerwując tylko matkę. Sporadycznie, gdy stoję w Utthita Hasta Pandhangustasanie, mąż zakradnie się z ręcznym młynkiem do kawy i znienacka zaczynie mielić.

Mój najlepszy przyjaciel, czyli ja

Przyjaciel jest zawsze przy nas, w trudnych i pięknych momentach, nigdy nas nie opuszcza. Czyli my sami jesteśmy dla siebie kimś takim, jesteśmy ze sobą zawsze. Jedyny warunek, którego często nie spełniamy jako auto-przyjaciele, to akceptowanie siebie bez potrzeby zmiany. Bądźmy dla siebie takimi przyjaciółmi, znajdującymi dobre strony, rozumiejącymi gorsze dni, doceniającymi starania, wierzącymi, że się uda. Praktyka jogi w domu różni się od zajęć z nauczycielem. Ma zupełnie inne tempo, zmusza do samodzielności, nie pozwala na podążanie, czasem bezrefleksyjne, za instrukcjami. Fantastyczna okazja na poznanie siebie naprawdę i na odkrywanie w sobie tego kochającego, cierpliwego przyjaciela, który cieszy się najdrobniejszym postępem w asanie, pierwszą pełną minutą medytacji bez myślenia. Tylko mocno koncentrując się na sobie, poznając siebie tu-i-teraz, można zaufać sobie, nauczyć przewidywać własne reakcje albo zobaczyć, gdzie leżą przyczyny zachowań, które pragniemy korygować. Praktyka jogi to nie radosna przygoda jak z reklamy, pełna uniesień i sukcesów. To żmudna i niesamowita podróż w głąb siebie, niepowtarzalna. Jak miłość – każdy z nas kocha kogoś innego, nie jeden stwierdzi, że nie mógłby kochać tej czy innej osoby, a jednak wszyscy czujemy to samo i rozumiemy siebie doskonale.

To, co daje praktyka jogi w domu, to czułe i wyrozumiałe kochanie-coraz-bardziej nie-idealnego (czyli prawdziwego) siebie.

Rozruszniki

Przygotujmy zestaw rozruszników. Kiedy dopada nas myśl o poszerzaniu praktyki o ćwiczenie w domu, na pewno na półce znajduje się już jakaś książka o jodze z inspirującymi cytatami, na pewno mamy w historii przeglądarki strony o jodze, nauczycielach, których entuzjazm należałoby skonsultować ze specjalistą.

Mam takich wiele, ciągle znajduję nowe. Niezawodny: krótki wywiad z K. Pattabhi Joisem, który w pewnym momencie mówi: praktykuj, praktykuj, praktykuj! Czasem wracam do niego z miną bolesną przed wieczornymi zajęciami i chwilę później wstaję z myślą: no tak, to jedyny sposób. Ale bez przesady – mina zmienia się nieznacznie.

Spróbujmy!

Połączmy entuzjazm dziecka i świadomość osoby dorosłej. Bądźmy dla siebie jak czuły rodzic, który bacznie obserwuje i wspiera dziecko – nas raczkujących w praktyce – aż osiągnie ono cudowną zdolność samodzielnego chodzenia. Bądźmy jak dziecko, które nie potrzebuje celu i zysków, potrafi być tu-i-teraz, rozwijać przez samą zabawę.

Tak naprawdę nie musi to być joga. Jakakolwiek aktywność sam na sam ze sobą tak działa. O bieganiu w przepięknej naturze, po lesie czy parku, rankiem, z mgłą, śpiewającymi ptakami nie wspomnę. Joga ma taką przewagę, że angażuje każdą część ciała, kładzie duży nacisk na spokojny oddech i detronizuje głowy. Ale równie dobrze możemy „z zachowaniem wszystkich zasad i ograniczeń”, jak zaleca Krishnamacharya,biegać, pływać, tańczyć, jakkolwiek inaczej dbać o swoje ciało, oddech i duszę.

Co by nie mówić o nokautujących (tudzież utopijnych) zaleceniach z „Yoga Makaranda”, pogłębiona praktyka czyni cuda. Prawda jest taka, że bez niej utykamy albo prześlizgujemy się po powierzchni. Umyka nam to, co najważniejsze w praktyce, poznawanie i kochanie prawdziwego siebie.

Ps. Jeszcze podam wynik meczu Tygodnie Praktyki Idealnej vs. Tygodnie Mojej Praktyki – 156:91. Przegrywam? O nie, to dopiero początek pierwszej połowy.

O autorze

Moni Kowalska

Praktykuje jogę od 2010 roku. Początkowo Vinyasa Kramę z Anią Haracz, następnie (ukochaną) Ashtangę i dynamiczne Vinyasy z Asią Moździerz - Kozłowską. Obecnie – Ashtangę (styl Mysore) w szkole Ashtanga Yoga Trójmiasto, u Eloisy i Artura. Regularnie pobiera korespondencyjne lekcje jogi od Mayi Devi Georg. W wolnych chwilach tłumaczy artykuły inspirujących nauczycieli. Ogólnie, sprawa z jogą jest poważna, potwierdzić to mogą mąż, dwóch synów, trzy koty i sunia.

2 komentarze

  1. MAGDALENA KORZEKWA

    zainspirował mnie artykuł i jestem otwarta i ciekawa innych

    Odpowiedz
  2. Jan

    Bardzo fajny i życiowy artykuł. Pozdrawiam 😉

    Odpowiedz

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *