Wybierz Strona

Przyspieszona lekcja puszczania – rozmowa Joanny Skrzyszowskiej z Jakubem Preisnerem

Przyspieszona lekcja puszczania – rozmowa Joanny Skrzyszowskiej z Jakubem Preisnerem

Żartobliwie o raku – początki

Wymyśliłem serię żartów o raku. Niektórymi nawet podzieliłem się na internetowej grupie z żartami językowymi – nie zostało to dobrze przyjęte – zaczyna swoją opowieść Kuba.

Pierwsza diagnoza, choć przerażająca, rokuje dobrze. Złośliwy nowotwór dziąseł ma zostać wycięty. Słowo na „r” brzmi jak wyrok, ale w tym przypadku plan działania pozwala mieć nadzieję na sprawne leczenie. Nie bez konkretnej ingerencji w ciało i zmiany wyglądu zewnętrznego, ale skończyć ma się na tym.

– Wyglądało to na tyle dobrze, że nabawiłem się syndromu oszusta; rak wydał się jakiś niepoważny – ani chemii, ani naświetlań, wytną i po sprawie. „Nawet raka nie mam z prawdziwego zdarzenia” – takie myśli się pojawiały. Teraz wiem, że wielu pacjentów mierzy się z podobnymi stanami i wiem, że to pochodna tego jak traktujemy siebie – nawet na poważną chorobę nie zasługuję!

Ale humor pomaga, zwłaszcza, że oboje rodzice i babcia zmarli na raka, więc obciążenie jest potężne, a żarty ułatwiają mierzenie się z taką rzeczywistością.

No właśnie! Kiedy się z tego śmiać jak nie w takiej sytuacji? – brzmi przekonująco, choć nietrudno wyobrazić sobie oburzenie na internetowym forum.

Mniej zabawnie robi się chwilę później, gdy podczas rutynowej kontroli lekarze znajdują nowe ognisko choroby – naciek na gardle, który okazuje się bardziej złośliwy. Optymistyczne prognozy pierwszego rozpoznania przesłania teraz wizja długotrwałej chemio- i radioterapii, poza planowaną już wcześniej operacją. Nadal jest plan działania i szansa na wyzdrowienie, choć w obecnej sytuacji nie wiadomo jak długo potrwa leczenie.  Sama operacja to wycięcie dziąseł i kilku zębów. Chwilowo wpływa na wygląd zewnętrzny, pozostawia rany i szczękościsk, który rozluźniać się będzie jeszcze rok później. Cierpi też głos. To pierwszy z wielu momentów kiedy na nowo uczy się swojego ciała: jak jeść ustami, jaki pokarm przyjmie okaleczone gardło. Są jednak chwile na regenerację, spędzenie czasu z siostrą, ciocią, przyjaciółmi, wyjazd w góry i poszukiwanie wspierających leczenie terapii alternatywnych.

Długo przed chorobą praktykowałem już jogę i byłem na ścieżce duchowej sufizmu Otwartej Drogi i to bardzo mi pomogło. Nie tylko sama praktyka ruchu i duchowości, ale też otwartość na korzystanie z całej gamy różnych metod: psychoterapii, pracy z ciałem, wizualizacji, medytacji. Choć kluczowe były pewnie sufickie lekcje o uzdrawianiu, które wysyłał mi nauczyciel, to nimi się kierowałem.

Nauczyciel Kuby, Maciej Wielobób precyzyjnie opowiada o ścieżce Otwartej Drogi na swojej stronie: „…mówi się, że podstawowym motywem medytacyjnych poszukiwań jest cierpienie, którego doświadcza każdy w różnych formach (…). Niezależnie od formy cierpienia jest ono związane z naszym automatyzmem, naszymi uwarunkowaniami i identyfikacjami. Dlatego ścieżka medytacyjna jest ścieżką oduczania się. Oduczania się tego, czym/kim nie jesteśmy.”[1]

Na pierwszy ogień idzie ciało – poddane inwazyjnym zabiegom zaciska się, gromadzi emocje, których nie da się wyrazić, niektóre, zwłaszcza te traumatyczne, zastygają w nim na lata i blokują przepływ energii, czy jeśli ktoś woli, swobodne funkcjonowanie i możliwość przeżywania życia na bieżąco. Wtedy przychodzi warsztat pracy z ciałem metodą Lowena. W intymnym, męskim gronie jest przestrzeń na ryk złości, na wywalenie agresji pięścią w materac, na szloch w czyichś ramionach. Jest intensywnie, ale taka praca oczyszcza, zdejmuje z ciała część ciężaru, który nosiło w sobie nawet latami. Robi się miejsce na więcej akceptacji, na pogodzenie się ze stratami, nawet tymi bardzo dużymi, jak śmierć matki, czy utrata ojca. Choroba zdaje się motywować do zajęcia się tymi wszystkimi zakopanymi sprawami, na które na co dzień nie chcemy znaleźć czasu.

To jedna z wielu metod, z których na swojej drodze zdrowienia korzysta Kuba:

– Kiedy tylko mogłem, robiłem też medytacje Technologii Standardu, to rodzaj wizualizacji, która pomaga uruchomić naturalne procesy naprawcze organizmu. Przez cały czas chodziłem też na terapię czaszkowo-krzyżową, ona też pozwala uwolnić blokady w ciele. Tak, jest tych metod sporo, nie wiem w zasadzie jak decydowałem która będzie dla mnie dobra. Zazwyczaj ktoś mi je polecał, bo zadziałały u niego.

W istocie, rodzina i przyjaciele, bardzo świadomi relacji ciało-umysł, wydają się być kluczowi w procesie zdrowienia. To nie tylko opieka i pomoc, jaką obdarzają najbliżsi, ale też  zasoby wiedzy i praktyk, którymi mogą się podzielić.

Może nie śmiać pełną gębą, ale uśmiechać się można.

Mniej śmiesznie – kryzys

– Naprawdę nie do śmiechu zrobiło mi się trochę później, po paru tygodniach radioterapii i po pierwszej dawce chemii. Pewnego dnia poszedłem na badanie kontrolne, a po dwóch godzinach dostałem telefon ze szpitala, że mam natychmiast wracać, bo jestem całkowicie pozbawiony odporności. Okazało się, że moje ciało odrzuciło chemię, więc szpik przestał produkować krew. Nawet najmniejsza infekcja groziła więc smiercią. Po dwóch dniach w szpitalu było na tyle źle, że trafiłem do izolatki.

Niewielki pokój pomalowany na bladożółto, łóżko otoczone niezbędnymi do utrzymania przy życiu sprzętami, wydającymi od czasu do czasu puste brzęknięcia, mała szafka, w której zmieszczą się wszystkie potrzebne przedmioty. Z rodziną i przyjaciółmi kontaktuje się teraz tylko przez telefon, gdyby nie on byłoby naprawdę ciężko. I może jeszcze widok z okna – zielone pagórki w oddali, a przy dobrej widoczności nawet góry. Pomaga zaczepić uwagę gdzieś na zewnątrz, ale przypomina też o uwiązaniu do szpitalnego łóżka. Przez pierwsze parę dni znajduje jeszcze energię, żeby medytować, ćwiczyć wizualizacje, czy choćby pogłębiać oddech – zachować jakiekolwiek wspierające praktyki sprzed choroby, ale i to za chwilę przestanie być dostępne.

Żeby medytować trzeba móc się skupić, skoncentrować umysł na tyle, żeby chociaż być uważnym na oddech. Przez jakieś dwa tygodnie w tej izolatce zupełnie straciłem możliwość skupienia uwagi, nie mówiąc o tym, że oddychałem bardzo płytko, więc wszelkie próby uspokojenia się przez oddech były skazane na porażkę. Przez pierwsze parę dni udawało mi się jeszcze medytować, nawet ćwiczyć wizualizacje Technologii Standardu, ale bardzo szybko i to zniknęło. To był najgorszy czas. Nie było nic co mogłoby mi pozwolić na złapanie dystansu do sytuacji, na jakąkolwiek szerszą perspektywę, jakąś nadzieję, żę jest inna rzeczywistość poza tymi czterema ścianami.

Skupienie i dystans, które otwierają na inną perpektywę, co raz pojawiają się w jego opowieści.

– Duchowość otwiera dla mnie szerszy punkt widzenia, inny wymiar i nie chodzi o uciekanie od rzeczywistości tu i teraz, ale o umiejscowienie swojego doświadczenia w szerszym kontekście. No i chyba też o nadzieję – jest jakaś ścieżka, metoda, która pozwala widzieć, że to gdzie teraz jestem jest stanem tymczasowym.

Na razie jednak stan tymczasowy domaga się pełnej uwagi. Zabiegi, transfuzje, kolejne dziury w ciele. Gorączka, natłok myśli i drobnych zmartwień urastających, z braku perspektywy, do rangi palących problemów. W końcu fizjologia wypełnia całą przestrzeń życia, kolejne minuty, godziny, dni i nieprzespane noce. Fizjologia, nad którą nie ma żadnej kontroli i która wydarza się w samotności, przy okazjonalnej asyście opatulonych szczelnie w ochronne ubrania pielęgniarek i lekarzy. Stopniowa utrata głosu pogłębia izolację, ograniczając kontakt z bliskimi do szeptu, czy wiadomości tekstowych. Wykonanie podstawowych czynności uzależnione jest od czyjejś pomocy. Kontakt fizyczny staje się nieosiągalnym luksusem, chwila spędzona z pielęgniarką trzymającą za rękę uruchamia szloch. Potem nazwie ten czas zwierzęcym. Trzeba poddać się całkowicie temu, co dyktuje ciało i zawierzyć swoją egzystencję innym – bezradność doskwiera najbardziej, ale i ją musi jakoś zaakceptować. Może znów pomaga suficka perspektywa, która mówi, że „podążanie medytacyjną ścieżką ma wspierać stawanie twarzą w twarz z rzeczywistością, jaka by nie była trudna, a nie ucieczce.”[2] Puszcza kolejne warstwy tego czym był – wygląd, sprawność, sprawczość, możliwość skupienia uwagi. Brzmi jak przyspieszona lekcja oduczania się tego, kim nie jesteśmy.

– Nie miałem wyboru, to wszystko się działo, musiałem się temu w pewnym momencie poddać, odpuścić jakąkolwiek kontrolę – podsumowuje ten czas, a ja rozmyślam o tych, którzy nie mają za sobą długoletniej praktyki duchowości skupionej na wyswobadzaniu się z ograniczeń własnego ja – Była jedna jedyna rzecz, którą mogłem wtedy robić – afirmacje Louise Hay – amerykańska autorka wielu książek o samouzdrawianiu, sama wyszła też z choroby nowotworowej – Nie mogłem już wtedy mówić, więc bliscy nagrywali mi je na telefon, a czasem personel medyczny czytał na głos. To był jedyny sposób, żeby skupić uwagę na czymś innym niż ta egzystencja w izolatce, dawały nadzieję i namiastkę poczucia sprawczości – wreszcie coś, co ja mogę zrobić w całej tej sytuacji!

Kryzys trwa kilkanaście dni i przerywa leczenie samego raka. W jednak końcu zaczyna na tyle powracać do zdrowia, że można zaplanować dalszy plan działania. Otwiera się nowy rozdział.

Uczenie się siebie na nowo

Dostaje dwa tygodnie na dojście do siebie w domu, by powrócić na serię naświetlań – jedyną już teraz dostępną mu metodę leczenia, przerwaną przez kryzys odpornościowy. Zaczynają działać leki przeciwdepresyjne, których przyjmowanie lekarze rozpoczynają jeszcze w izolatce, pozwalają one swobodniej myśleć i utrzymać bardziej stabilny stan psychiczny. Karmienie odbywa się przez PEGa, wprost do żołądka, bo nie jest w stanie korzystać z gardła i przełyku. Po odpoczynku, rodzina zaczyna codziennie wozić na radioterapię – to czas ogromnej mobilizacji bliskich. Poza tym wysiłek skupia się na regeneracji, odzyskiwaniu sił i uczeniu się podstawowych czynności od początku.

Trzy razy na nowo uczyłem się jeść ustami, dwa razy traciłem głos, a raz uczyłem się ponownie chodzić, co było bardzo frustrujące, bo przed całym tym zamieszaniem prowadziłem bardzo aktywny tryb życia. Trochę naiwnie sądziłem, że razem z końcem naświetlań od razu poczuję się lepiej. Okazało się, że czas rekonwalescencji po leczeniu był naprawdę bardzo trudny. Dopiero po około trzech miesiącach zaczęły się goić odczyny w przełyku i ustach w odczuwalny sposób. Bez leków przeciwbólowych byłoby naprawdę ciężko.

Mimo, że pojawia się przestrzeń na działanie, to nadal ciało dyktuje tryb życia. Najpierw wymusza sen, nawet przez cały dzień. Gdy odzyska trochę sił może zgodzi się na obejrzenie serialu czy przejście kawałka misji w Diablo, później łaskawie da przestrzeń na medytację, długo nie pozwoli czytać, ale zaaprobuje audiobooki. Gdy przyjedzie przyjaciel z Anglii, z wyrozumiałością pozwoli na spacer w słońcu i przypomni sobie, że ruch może być przyjemny. Zacznie odzyskiwać radość z niewielkich przyjemności jak właśnie powolny spacer z kimś bliskim. Będzie bardziej uważnie selekcjonować przyjmowany pokarm, na smaki otworzy się ponownie znacznie później.

Leczenie kończy się sukcesem, radioterapia daje w końcu pożądane efekty i pozostaje już tylko rekonwalescencja i okresowe badania. I stawanie na własnych, choć nowych nogach.

Teraz pozostaje pytanie jak zbudować siebie na nowo? Dostałem nowe życie – nowe klocki i mogę zbudować z nich co chcę. Nie ma już powrotu do mnie, jakim byłem przed nowotworem, opieram się na pamięci tamtego mnie, ale ciało jest inne, czuję nowe smaki, mam nowe spojrzenie, inne filtry, przez które oglądam świat.

Słowa Wieloboba znów wydają się być na miejscu: „Samorealizacja czy oświecenie to stan wolności od uwarunkowań, wolności od identyfikacji ze swoim ciałem, umysłowością, emocjonalnością, pełnionymi rolami, z otaczającym nas światem, który pozwala na niczym nieuwarunkowane doświadczenie Obecności.”[3] I nie chodzi tu o uzyskanie stanu oświecenia poprzez doświadczenia choroby, ale o proces, który za cel obiera sobie stawanie twarzą w twarz z prawdą i odrzucanie, czy odpuszczanie starego, niepotrzebnego, które materializować się może w postaci przekonań, fantazji i wszelkich konstruktów myślowych, utrwalonych w ciele. Po to by doświadczać życia w pełni i bezpośrednio. Nie sposób uciec od tego porównania słuchając Kuby. Sam mówi raczej o tym, że więcej w nim pytań niż odpowiedzi.

Kim jestem teraz? Jak zbudować siebie na nowo? W jakim miejscu jest moje ciało? Co już może, a czego jeszcze nie?  Co się zmieniło w moim systemie wartości? I bardziej egzystencjalne – dlaczego mi się to wszystko przydarzyło? Co zrobiłem nie tak? To ostatnie staram się raczej przekształcać w pytanie o przyszłość – co mogę teraz zrobić by uniknąć nawrotu? – zastanawia się – Choć na pewno bardzo wiele rzeczy doceniłem dzięki tym doświadczeniom. Wsparcie bliskich, ale też i dalszych znajomych dało mi bardzo dużo, nauczyłem się też lepiej z nimi komunikować i dbać o swoje potrzeby w relacjach. Zupełnie inaczej patrzę też na to co jem, dbam o siebie w nowy sposób. Przyglądam się też symbolice samego nowotworu – jako, że skupił się wokół gardła, to badam tę czakrę, patrzę na to jak wyrażam się w swoim życiu, czy komunikuję siebie tak jak chcę. I nadal podążam ścieżką duchową Otwartej Drogi, korzystając też z wszelkich metod rozwoju jakie są mi dostępne.

Parokrotnie w rozmowach wyrażam swoje uznanie dla tego jak poradził sobie z doświadczeniem choroby Kuba i niezmiennie słyszę tę samą odpowiedź:

Nie miałem wyboru, w przeciwieństwie do dotychczasowego życia, tutaj nie mogłem sobie pozwolić na brak reakcji, na bierność.

Zastanawiam się czy to rzeczywiście jedyna dostępna postawa.

Wiesz, to nie jest tak, że jednego dnia mówisz sobie, że wybierasz życie, będziesz korzystać z tej czy tamtej praktyki i konsekwentnie dążyć do wyzdrowienia. Raczej dzień po dniu, czasem nawet minuta po minucie, sekunda po sekundzie podejmujesz setki maleńkich decyzji. Po jakimś czasie zaczynasz może trochę bardziej patrzeć na wszystkie te sekundy jak na jedną całość, w której odgrywasz jakąś rolę. Ale to nie jest plan, raczej tylko kolejny krok – a najczęściej kroczek.

* * *

Lista ważniejszych metod, z których korzystał Kuba

Sufizm Uniwersalny wg Hazrata Inayata Khana, nauczany przez Macieja Wieloboba – otwarta-droga.pl & maciejwielobob.pl.

Filmik youtube Macieja Wieloboba z podstawowymi praktykami sufickimi: 20 oddechów oczyszczających i modlitwa Najaz.

Lektury, które okazały się pomocne:

Louise L. Hay: Możesz uzdrowić swoje życie, Medium 1992

David R. Hawkins: Przywracanie zdrowia, Virgo 2011 (warsztaty z Adamem Krasowskim https://www.facebook.com/adamkrasowski.uwalnianie.ograniczen.umyslu/)

Adamus Saint-Germain:Technologia Standardu, Biały Wiatr 2018

Colin C. Tipping: Radykalne Wybaczanie, Medium 2009

Metoda (Alexandra) Lowena (dostępne np przez https://www.facebook.com/jallapracazcialem)

BBTRS – uwalnianie napięć z ciała poprzez oddychanie biodynamiczne (dostępne np przez https://www.facebook.com/jallapracazcialem)

Terapia Czaszkowo-krzyżowa – np https://www.facebook.com/WIBRONIKA/ lub https://www.facebook.com/shiatsu.mirakla

Wysłuchała i spisała – Joanna Skrzyszowska

Opowiadał – Jakub Preisner


[1] https://otwarta-droga.pl/otwarta-droga/

[2] https://otwarta-droga.pl/otwarta-droga/

[3] https://otwarta-droga.pl/otwarta-droga/

O autorze

Joanna Skrzyszowska

Autorka na tropie ukrytych narracji. W swoim pisaniu, zarówno komercyjnym, jak i publicystycznym sięga pod spód rzeczywistości, by wydobyć na światło dzienne to co ukryte, w cieniu, czy esencjonalne dla opisywanej historii albo doświadczenia. Pisze z ciała i z czucia, w czym pomaga jej joga i praktyka improwizacji kontaktowej.

1 komentarz

  1. O.

    Bardzo wzruszająca opowieść…Dziękuję🙏

    Odpowiedz

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.