Wybierz Strona

Moja praktyka, czyli czyja?

Moja praktyka, czyli czyja?

Zimową porą ciało reaguje na niską temperaturę, małą ilość naturalnego światła i po prostu zwalnia. Mniej elastyczności, mniej siły – skutek naturalny i przejściowy. Na pewno zima to czas, w którym praktyka na macie wygląda inaczej i jest okazją do pracy „od środka”. Bardzo wskazane, żeby przypomnieć sobie o potrzebach ciała, o uszanowaniu jego ograniczeń wynikających na przykład z powiązania z naturą. Co prawda Indie, joga nie znają trzech miesięcy zimy… ale – my znamy i wszyscy (nauczyciele, uczniowie) potrzebujemy chwili, żeby zaakceptować/zaadoptować się zarówno do wcześniejszego wychodzenia z asan, wykonywania łagodniejszych wersji, jak i do spadającej temperatury czy rzadszych wizyt słońca.

Mariciasana I (na zdjęciu autorstwa Kamilii Buturli Kinga Puk)

Kim Roberts napisała:
„Medytacja nie jest samopomocą (ja-sam/a-sobie-poradzę). Buddyzm nie jest samopomocą. Joga zdecydowanie nie jest samopomocą. Aczkolwiek kroczenie tymi ścieżkami może pomóc nam zobaczyć wyraźniej miejsce, w którym potrzebujemy pomocy w radzeniu sobie z własnymi sprawami. Pomaga nam dojrzeć, gdzie sami sobie wchodzimy w drogę i powodujemy cierpienie.”

Każde wyzwanie, jak wspomniana joga zimą, zmusza do zejścia z utartego szlaku, szukania nowych ścieżek. Jak pisze Kim, ani sami tego nie dokonamy, ani joga nie dokona tego za nas. Przyglądając się sobie na macie, zobaczymy, kiedy za wiele oczekujemy od jogi, kiedy przestajemy rozumieć, o co w tym wszystkim chodzi, kiedy przestajemy być obecni, czyli przesypiamy zajęcia 🙂 Może się okazać nie raz, że choć to my praktykujemy, praktyka nasza nie jest. Czyli pytanie brzmi: czyja właściwie jest moja praktyka?

Moja, czy może Morfeusza?

Od spania jest noc, mata niekoniecznie, nie licząc oczywiście Savasany, kto nigdy nie zasnął, ten oszukuje 😉 Na zajęciach zawsze potrzeba chwili, żeby odłożyć sprawy, „wrócić” do siebie i praktykować w miarę świadomie. Tempo „życia” na macie jest diametralnie różne od tego na co dzień, często jest to pierwsza spokojna godzina, dwie w ciągu dnia. Dlatego na zajęciach, szczególnie wieczorem, pojawia się naturalna chęć odtwarzania asan, przy okazji podsumowania dnia, zaplanowania jutrzejszego obiadu, przemyślenia spraw zawodowych… Jest późno, jesteśmy zmęczeni… Jednak tak, jak niewskazane w czasie diety jest jedzenie 3 pączków dziennie, tak szkoda wysiłku na macie, jeśli planujemy przespać praktykę.

Największym skarbem, jaki oferuje praktyka na macie, jest poznawanie magicznych mechanizmów działania, na co/jak/kiedy reagujemy. Przyglądanie się, co, w jakim momencie i jakie uczucia w nas wzbudza, bez oceniania, a na pewno bez podejmowania natychmiastowej próby korygowania, to właśnie buduje wewnętrzny spokój. Poznajemy się, im więcej na temat siebie wiedzieć będziemy, tym mniej sytuacji wytrąci nas z równowagi. Jeżeli wzbudza we mnie lęk stanie na rękach, jestem na niego gotowa i, choć brzmi to absurdalnie, przyjmuję go ze spokojem. Pozwala mi to się zdystansować i z kolejną próbą systematycznie zmniejszać strach, bo tak naprawdę składa się na niego: lęk w czasie wchodzenia, w czasie stania, w czasie wychodzenia, lęk przed brakiem siły (spadnę na głowę, złamię kark, przewrócę nauczyciela i wszystkich wokół oraz na pewno im też coś złamię!!!), lęk generalnie przed byciem głową w dół… I pewnie kilka innych. Jeśli zaakceptujemy lęk oraz stwierdzimy, że (na przykład) samo stanie na rękach, zwisanie głową w dół oraz brak siły nie są problemem, będziemy po prostu o kilka lęków lżejsi, czyli spokojniejsi.

Asany to tylko jedna z ośmiu gałęzi jogi, w obecnej formie zdecydowanie najmłodsza, nadal (wiecznie) się kształtująca. A joga to synkretyczna sieć połączeń. Tak samo jak my, pełni powiązań i sprzeczności. Dlatego powinniśmy zaprzestać, jak mówi Richard Freeman, redukowania samych siebie, identyfikacji poprzez możliwość wykonania wzorcowego kruka czy mostka. Jesteśmy czymś więcej niż sprawnością fizyczną. Wszyscy wiemy, czym kończy się ocenianie ryby poprzez jej zdolność do wspinania się po drzewach (Albert Einstein)… Nie chodzi o szpagaty, przeskoki, chodzi o patrzenie w głąb. Czy jak nie mogę na setnych zajęciach dotknąć głową kolan, to:
a. zauważam, że nie mogę nadal dotknąć głową kolan,
b. myślę: ale jestem sztywna,
c. myślę: o żesz, chyba 1cm bliżej jestem! Hurra!
d. #%@%#@*@&#!!!!!!!!
e. myślę: ciekawe, czy ktoś pamiętał, żeby nakarmić psa
f. myślę:….
g. …..

Bo to ciekawe!!!

Joga to świetne laboratorium, miło, wygodne ubranie, fajna atmosfera i ludzie, kolorowe spodnie do jogi 🙂 Praca z ciałem (czy może: poświęcenie wreszcie uwagi tylko! ciału) daje mnóstwo satysfakcji. Ale dzieje się dużo więcej, tak jak w życiu, na raz dzieje się mnóstwo, bo w jednej chwili łączą się przeszłość (wpływ naszych doświadczeń powiązanych z całym światem), teraźniejszość (zimno, ciepło, jasno, ciemno, nastrój, samopoczucie…) i przyszłość (o czym marzymy, czego pragniemy…). Gdybyśmy mieli większe moce przerobowe, mało co zaskakiwałoby nas na co dzień. Moglibyśmy o wiele więcej przewidzieć, bo uważność zaopatrzyłaby nas w niewyobrażalnie większą wiedzę na temat otoczenia i nas samych. To właśnie możemy ćwiczyć na macie: reakcję na opór w ciele, na łatwość, na zmęczenie, na fakt, że ktoś obok radzi sobie gorzej, albo lepiej, że poprzednia pozycja nas uskrzydliła, a teraz robimy coś nudnego. Że praca z ramionami – niechętnie, że wygięcia – z przyjemnością… W którym momencie możemy popłynąć, kiedy dopada nas foch, kiedy mamy ochotę żartować, a kiedy najchętniej to spać. Każda forma uciekania, ekscytowania się, odczuwania spokoju jest warta wyłapania i identyfikacji (przy której asanie, po której asanie, w trakcie, po korekcie, a może bez …).

Możemy sięgnąć do opisów asan, zobaczyć, jakie korzyści z nich płyną, co otwierają, pracy jakiego typu wymagają. To może pogłębić wiedzę i „pomóc nam zobaczyć wyraźniej miejsce, w którym potrzebujemy pomocy w radzeniu sobie z własnymi sprawami” jak pisze Kim Roberts. Ale nie warto się rozwodzić nad nabytą wiedzą. Zwykle zrozumienie (siebie) następuje w momentach nieoczekiwanych, od z pozoru przypadkowej strony, czyli intuicyjnie. W każdym razie usilne próby zrozumienia angażują umysł racjonalny, konceptualny, a on potrafi wygenerować wyniki, które odpowiadają nam, ale niekoniecznie prawdzie o nas. Zresztą nie po to się sobie przyglądamy, aby dokonać oceny, klasyfikacji, ale, żeby się poznawać i rozwijać. Mamy praktykować w 99%. Wiedza już nas tkwi.

Moja, ale… czy byłam sobą?

Ważne i niełatwe – poczuć, kiedy powinniśmy przystopować, kiedy popchnąć się do przodu, kiedy ulegamy lenistwu, a kiedy niezdrowej ambicji. Tak naprawdę to studnia bez dna, bo każdy dzień jest inny, każda praktyka inna. Teraz, w czasie zimy, wszyscy czujemy się wychłodzeni i sztywniejsi, czemu po prostu musimy się poddać. Joga i północ Europy – trudna miłość. Na przebieg praktyki ma ogromny wpływ jakość snu, atmosfera w pracy, stan zdrowia członków rodziny… Jeśli chorują dzieci, pojawiają się kłopoty w pracy, zawsze część energii poświęcamy na uciszanie niepokoju, próby rozwiązania problemu. Czyli na macie jest nas nieco mniej, a co za tym idzie, mamy nieco mniej siły i zdolności koncentracji. Naturalna reakcja do zaakceptowania, bez potrzeby korygowania. Jesteśmy siecią połączeń, w jodze nie chodzi o ich przerwanie (oderwanie się na macie od wszystkiego), ale o czerpanie z nich oraz dzielenie się sobą. Wszystkie takie spostrzeżenia zawdzięczać będziemy uważności i ciekawości. Intuicja pomoże nam ta wiedzę wykorzystać później.

Jest oczywiście jeszcze dział: ambicja i lenistwo, który psuje wyniki doświadczeń i oddala samopoznanie. Zasadniczo nie ma znaczenia, czy ktoś zamyka się na siebie forsując ciało, czy ściemniając na macie, efekt jest ten sam. Nie zyskujemy żadnej wiedzy, w żaden sposób sobie nie pomagamy. Nie jesteśmy sobą, to nie nasza praktyka. To jak wspomniane jedzenie słodyczy w czasie restrykcyjnej diety. Cokolwiek nasze ciało wykona, nasza głowa popsuje efekt, źle interpretując wyniki doświadczeń.

Uważność, ciekawość – ok, ale ta szczerość… Potrafi z sytuacji przyjemnej zrobić bardzo poważną i spod płaszczyka wesołości wyciągnąć prawdę: o strachu przed wyzwaniami, słabej kondycji, zbyt dużych obwodach, chęci bycia lepszym od sąsiada na macie… Ale zaraz? Co w tym tak naprawdę złego? Jesteśmy ciągle na sali jogi, wokół fajni ludzie, miła atmosfera i te kolorowe spodnie  Nie galopujmy do wspomnień, które w nas te reakcje budzą. Nie czujmy się wyobcowani, każdy z nas ma swój bagaż. Próbujmy się zatrzymać, przyjrzeć oraz rozejrzeć, bo prędzej czy później pokaże się nowa ścieżka. Jeżeli musimy poczekać, to tylko dlatego, że coś w nas musi wybrzmieć pełnym tonem. Musimy przeczytać cały przepis, żeby zrobić pyszną potrawę. Nie możemy po kilku linijkach zabierać się do gotowania. Potrzebujemy wielu lekcji, żeby rozumieć swobodnie inny język. Cała zabawa w tym, żeby cieszyć się najpierw pojedynczymi słowami, potem zdaniami. Doceniać samego siebie.

Moja, a może nauczyciela?

Uczymy się bez przerwy, wszyscy #truizm. Im więcej dekad ktoś ma na koncie, tym bardziej wie i rozumie, że pojedyncze lata za wiele nie zmieniają. Naprawdę, musimy szczerze i z ciekawością obserwować się w czasie praktyki, bo nauczyciel nie jest w naszym ciele czy duszy. Ma inne doświadczenia, wiek i możliwości, nie uchroni nas przez przeforsowaniem czy marnowaniem czasu, jeśli sami sobie tego nie zapewnimy. Dodatkowo, nasze obserwacje wzbogacają też jej/jego wiedzę.

Pierwsze pięć, sześć lat praktyki to żłobek + przedszkole. Pod względem fizycznym można osiągnąć sporo, bo ciało jest o chętne do współpracy. Ale zabawa się zaczyna, jak wchodzimy do środka. Jeżeli oczywiście zdecydujemy się do środka wejść. Na przykład po tym, jak zauważamy, że kolejna fikuśna asana niewiele zmienia w naszym codziennym życiu.

Warto zadać sobie pytanie, co robię z instrukcjami na zajęciach, co robię z wiedzą zdobytą na temat jogi? Czy słucham i zapamiętuję, czy stosuję? Naturalną koniecznością jest filtrowanie informacji. Mamy swój kontekst, nie możemy o tym zapominać. Tak jak nauczanie jogi nie powinno być pozbawione tradycji, tysięcy lat dojrzewania, tak samo my nie możemy odrzucić swoich dziesiątek. Joga nie ma być oderwana od naszej codzienności. Możemy od tego zacząć, myślę, że idea „oderwania na chwilę” przyświeca wielu kobietom, matkom na początku praktyki. Przynajmniej ja tak miałam  Jednak z czasem każdy widzi rozrastający się wpływ jogi na codzienność i pojawia się chęć łączenia. Mamy szukać profitów poza matą. Jeżeli korekty czy rady nauczyciela nie działają (akurat na nas, bo jest ich miliony), szukajmy innej drogi, sami, dzięki uważności oraz rozmawiając z prowadzącym.

Jesteśmy uczniami. Nauczyciel ma dzielić się swoją wiedzą. Nie musimy go doganiać ani identyfikować pogłębiania praktyki z kursem nauczycielskim. Samodzielność – tego szukamy. Nie chodzi ani o bezmyślne odtwarzanie, ani o bezmyślne starania i bycie prymusem. Bo zdecydowanie nie chodzi o asany  Oczywiście nie na etapie „rozentuzjazmowanego początkującego”, kiedy odkrywanie potencjału fizycznego sprawia ogromną radość. Jakkolwiek to również nie jest „moja” praktyka, to praktyka jeszcze nie wiadomo kogo. I etap jak najbardziej potrzebny, pozwalający zapuszczać korzenie, zwłaszcza pod czułym okiem nauczyciela, który pragnie budzić w nas samodzielność bez oczekiwań względem możliwości fizycznych.

Moja, bo „wszyscy jesteśmy jednym” 🙂

Dlatego też, po przejściu etapu radosnego dzieciaka musimy sobie zaaplikować trochę dystansu, dać dojść do głosu temu nudnemu dorosłemu, bo bycie wiecznym dzieciakiem, to bycie niesamodzielnym i łatwo sterowalnym. To bronienie się przed naturą, która przesuwając nas w czasie zmienia nasze ciało i zadania życiowe. Szukanie balansu pomiędzy wewnętrznym dzieckiem a dorosłym, którym się już po prostu jest, to nic innego jak odnajdywanie balansu pomiędzy zmęczeniem, kontuzją, a chęcią podążania za instrukcjami prowadzącego, które mogą tego nie uwzględniać. Pomiędzy oczekiwaniami a rzeczywistymi możliwościami. Pomiędzy uczuciami, które w nas wywołują trudności a chęcią ich niezauważania. Nie da się rozwijać bez przygarnięcia do siebie WSZYSTKIEGO, co nam gra w duszy i ciele. Kim Roberts pisze, że joga nie jest „samopomocą”. I ze względu na fakt, ze praktyka tylko wskazuje miejsca do naprawy nie naprawiając ich, ale też dlatego, że pomaga nam zauważyć i zrozumieć złożoność tego procesu, sieć zależności i wpływów, pozwala nam zauważyć i zrozumieć wzajemne podobieństwa. Oprócz wskazywania ograniczeń w ciele czy duszy, przede wszystkim budzi wdzięczność i poczucie jedności. Świadomość, że z naszych wysiłków skorzystają najbliżsi, ludzie, których spotkamy w naszym życiu. Że będziemy po prostu milsi. Bo praktyka na macie ma przynosić spokój, akceptację tu-i-teraz, tak jest jej cel. Nie spokój doskonały, czyli właściwie nie wiadomo jaki, ale choć trochę więcej luzu w porównaniu ze stanem sprzed pierwszej asany, odrobinę więcej wiedzy na własny temat. I najważniejsze, więcej akceptacji i miłości do tego fajnego, dzielnego człowieka, który właśnie skończył popisy na macie.

O autorze

Moni Kowalska

Praktykuje jogę od 2010 roku. Początkowo Vinyasa Kramę z Anią Haracz, następnie (ukochaną) Ashtangę i dynamiczne Vinyasy z Asią Moździerz - Kozłowską. Obecnie – Ashtangę (styl Mysore) w szkole Ashtanga Yoga Trójmiasto, u Eloisy i Artura. Regularnie pobiera korespondencyjne lekcje jogi od Mayi Devi Georg. W wolnych chwilach tłumaczy artykuły inspirujących nauczycieli. Ogólnie, sprawa z jogą jest poważna, potwierdzić to mogą mąż, dwóch synów, trzy koty i sunia.

2 komentarze

  1. Lidka

    Krótko i na temat… Świetny artykuł ????

    Odpowiedz
    • Monika

      Dziękuję bardzo!!!

      Odpowiedz

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *