Wybierz Strona

Joga – kilka refleksji. Dominika Kowynia

Joga – kilka refleksji. Dominika Kowynia
O tym, co zmieniło się w moim życiu, kiedy przestałam się koncentrować… na modelowaniu sylwetki.
Jogę zaczęłam praktykować czternaście miesięcy temu. Postanowiłam o tym wspomnieć na wstępie tego tekstu, żeby ewentualnych czytających uprzedzić i prosić o wyrozumiałość.Pierwsze pół roku mojej praktyki to zajęcia w klubie fitness, dwa razy w tygodniu, polegające tylko na ćwiczeniu asan. Nauczyciel, do którego trafiłam, powtarzał wielokrotnie, że istnieją różne jogi i że my zajmujemy się jedynie wzmocnieniem ciała, ponieważ w naszych realiach jest to najważniejsze. Bardzo lubiłam te zajęcia, jednocześnie jednak zaczęłam szperać w internecie i natrafiłam na bloga Maćka Wieloboba. To, o czym tam przeczytałam, wydało mi się fascynujące. Z ulgą przyjęłam informację, że joga jest czymś więcej niż systemem dyscyplinującym ciało. Dzisiaj wydaje mi się, że gdybym nie trafiła do Maćka, prawdopodobnie z czasem przestałabym uczęszczać na tamtą “jogę”. Mieszkam w Katowicach i nie mogłam zapisać się do szkoły Maćka, postanowiłam więc pojechać na organizowane przez niego wakacje z jogą. Bałam się, że nie podołam fizycznie, że nikogo nie znam, jednak wewnętrzna potrzeba okazała się silniejsza od lęków. Miałam swoje małe dylematy jogowe, na przykład zastanawiałam się, jak praktykować (czyli ćwiczyć asany, taki był mój ówczesny stopień wtajemniczenia), kiedy miota mną wściekłość. Pamiętam, że zadałam nawet takie pytanie, ale nie zrozumiałam odpowiedzi. Z trudem docierało do mnie, że joga, której uczono mnie do tej pory, to właściwie tylko wyrafinowana gimnastyka. Poza tym głównie słuchałam o innych, nieznanych mi dotąd, a przeczuwanych aspektach jogi. Przechodziłam przez próby koncentracji, wstęp do medytacji, ćwiczenia oddechowe. Nie doznałam żadnego oświecenia, poczułam natomiast, że jestem na samym początku drogi, która mnie ciekawi. Maciek mówił jak człowiek, który miewa wątpliwości, nie obiecywał cudów i był zadziwiająco normalny. Opowiadane przez niego anegdoty nie banalizowały przekazywanej uczniom nauki. Po powrocie z wakacji już nie wróciłam do klubu fitness.Pojechałam do Zabrza i zapisałam się na zajęcia Patrycji Gawlińskiej. Tu przeżyłam kolejne zaskoczenie, ponieważ Patrycja wprawdzie powiedziała, że się cieszy, ale nie zauważyłam żadnych zachowań związanych z chęcią zatrzymania mnie na zajęciach. Konkretna, dokładna, skupiona i bardzo poważna, tak ją odebrałam (na kolejnych zajęciach usłyszałam śmiech Patrycji, kto miał przyjemność, ten zna jego moc:)). Pamiętam, jak zadałam jakieś pytanie i w połowie jej odpowiedzi zaatakowałam ją kolejnym. Patrycja po moim wtręcie dokończyła ze stoickim spokojem swoje zdanie. Przytaczam ten przykład, ponieważ chodząc na zajęcia do Patrycji, pobierając korespondencyjnie wskazówki od Maćka i jeżdżąc na organizowane przez niego warsztaty, powoli odkrywałam, że nauka odbywa się na różnych poziomach. Na przykład zaczęłam zastanawiać się co sprawia, że tak dobrze wykonują swoje obowiązki, aby równie dobrze radzić sobie z własną pracą. W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że moi nauczyciele (zarówno Patrycja, jak i Maciek) posługują się językiem, w którym nie ma nacisku, szantażu słownego, wykrzykników, niezdrowych podtekstów. W podobny, subtelny sposób posługują się względem mnie (osoby początkującej) dotykiem. Ten neutralny sposób komunikacji w połączeniu z wyraźnym poczuciem bycia akceptowanym sprawił, że moje oczekiwania względem siebie przestały być tak wygórowane i uspokoiłam się. Po wielu latach walki z własnym ciałem i charakterem nagle poczułam i uświadomiłam sobie własną śmiertelność, co spowodowało większą czułość i uważność w stosunku do samej siebie. Czasem w uszach dźwięczą mi słowa Maćka “nie zawsze musicie czuć się dobrze”, które dla mnie okazały się odkrywcze. Nie obiecując mi konkretnych profitów z praktyki jogi, moi nauczyciele pozwolili mi na samodzielną przygodę. To było i jest świetne, bo nie oczekując określonych, nazywanych przez nich efektów, musiałam sama zacząć obserwować zmiany zachodzące w moim ciele i psychice. Potrafię rozpoznać stany lękowe poprzez napięcia pojawiające się w moim ciele. Wcześniej tego nie zauważałam, wiedziałam jedynie, że jest mi źle. Zauważyłam również, że mój odbiór rzeczywistości jest coraz bogatszy, jestem bardziej ciekawa świata i mam olbrzymią chęć uczenia się, poznawania i rozumienia więcej. W związku z tymi zmianami mam więcej cierpliwości i szacunku dla osób, które z trudem tolerowałam. Mam kontakt ze swoimi negatywnymi emocjami, które wcześniej ukrywałam przed samą sobą, a teraz potrafię zaakceptować i wziąć za nie odpowiedzialność. Pracuję nad sobą i mimo porażek mam poczucie satysfakcji, ponieważ sama praca przynosi mi radość. Mam poczucie, że zawsze chciałam właśnie tak żyć, że jestem na właściwej drodze. Żeby nie było tak różowo, zaznaczę, że w tej chwili mam grypę, bałagan w mieszkaniu i kilka poważnych problemów. Joga nie naprawia wszystkiego, jednak w jakiś paradoksalny sposób jej możliwości są nieograniczone.

Od prawie dwóch miesięcy jestem również uczennicą Marii Puls, do której po kilku innych próbach trafiłam po wyjeździe Patrycji do Indii. Jestem bardzo zadowolona, ponieważ odnalazłam w jej nauczaniu to, co dla mnie najważniejsze. Maria Puls jest kolejną na mojej drodze nauczycielką jogi, która nie “zaciemnia” obrazu całości, powtarza i zaświadcza swoim zachowaniem, że joga nie jest gimnastyką.

Niedawno natknęłam się na słowa Patañdźalego – “Joga jest to proces wykluczania zjawisk ograniczających pole świadomości” , które bardzo mnie ucieszyły. Od kilkunastu lat zajmuję się sztuką. Jestem jej odbiorcą, twórcą i pedagogiem. Gdybym zastąpiła w cytowanym zdaniu jogę terminem sztuka, zdanie to stanowiłoby moją definicję sztuki, którą rozumiem w kategoriach pozaestetycznych. Tym samym utwierdziłam się w przekonaniu, że intuicyjnie podążam we właściwym dla siebie kierunku.

Napisany przeze mnie tekst jest w pewnym sensie podziękowaniem osobom, które mnie uczą. Jako nauczyciel mam pełną świadomość tego, jak trudna jest to praca i jak łatwo jest oprzeć nauczanie na schematach i własnym autorytecie. Niestety, w przypadku jogi i sztuki to bardzo kiepski pomysł.

O autorze

3 komentarze

  1. Ania

    Czytam Twój tekst i… jej! cieszę się, że na mojej drodze nie jestem sama! Nie jestem “człowiekiem pióra” i ciężko przychodzi mi przelanie ma papier myśli i emocji ale czytając Twój wpis poczułam, że wyrażasz dokładnie to co czuję. Moje spotkanie z jogą jest jeszcze krótsze ale wszystko zaczęło się od “zielonego” tygodnia z Maćkiem… a potem odnalezieniu Izy Raczkowskiej, której codzienna cierpliwość i wsparcie pomaga mi odkrywać czym może dla mnie być joga… Powodzenia na Twojej drodze i do zobaczenia
    Ania

    Odpowiedz
  2. Aleksandra

    Dominiko, świetnie to wszystko ujęłaś. Podobnie jak poprzedniczka mogłabym się podpisać po wieloma Twoimi zdaniami. W szczególności moje serce współgra ze zdaniem, w którym mówisz o posługiwaniu się językiem, w którym nie ma nacisku, szantażu słownego, wykrzykników, niezdrowych podtekstów. Jestem tym u Maćka, oraz u Olgi Szkonter, do której mam to szczęście uczęszczać na zajęcia, zachwycona. I taki sposób komunikowania się jest jednym z moich celów, odkąd pierwszy raz miałam okazję posłuchać Maćka chwilę dłużej. Powodzenia w Twojej drodze.

    Odpowiedz
  3. Dominika

    Bardzo dziękuję za Wasze komentarze :). Dobrze jest wiedzieć, że w moich pozytywnych odczuciach nie jestem sama. To znaczy – wiem, że nie jestem, ale fajnie jest się upewnić. Do zobaczenia 🙂

    Odpowiedz

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *