Wybierz Strona

Ciało i słowo. Maciej Kozikowski

Ciało i słowo. Maciej Kozikowski

Usłyszałem kiedyś, że łatwiej jest cierpieć niż otworzyć się na życie, że wolimy pewność cierpienia niż niepewność życia, preferujemy własny ból z obawy przed tym, że to co nowe może okazać się gorsze niż to co mamy. Jest w nas jednak i taka część, która chce za wszelką ceną zapomnieć o cierpieniu. Zajmując się wybieganiem w przyszłość, więc unikaniem teraźniejszości, na rzecz tego co sama projektuje, dostarcza sobie samemu pokarm myślenia w postaci domniemanej przyjemności, by już za chwilę cierpieć z powodu jej braku lub nietrwałości stanu jej posiadania. Nasz intelekt wielokrotnie zupełnie automatycznie kieruje naszą uwagę na to co było lub co ma być, nie dając nam żadnego wyboru, budzimy się niekiedy z tego letargu wyrwani przez jakieś nagłe zdarzenie, czyjąś obecność lub własną refleksję, by ostatecznie wszystko się powtórzyło. Wszystko to wydaje się nam niekiedy daremne, gdyż to co nowe, dostępne jest poza postrzeganiem naszego intelektu, z którego działaniem wiążemy wiele nadziei, przeświadczeń, a niekiedy i przesądów . Nieznane nam zazwyczaj metody jego działania, techniki, którymi obezwładnia on rzeczywistość, mogą nam jednak trochę ułatwić własne poznanie, a więc i praktykę wychodzenia z wielu uwikłań, którym bezwiednie ulegamy. Poniższy tekst ma być kolejną próbą spojrzenia na wciąż ten sam temat naszych uwikłań, jednakże poza dekonstrukcją wiążących nas mechanizmów, spróbujemy odnaleźć w sobie to ze względu na co zmiana może być osiągalna, odwołując się do tego co wciąż nowe, żywe, gotowe na zmianę, porzucimy choćby na chwilę to co w nas ustalone.

Różnorodność i jedność

Oba wspomniane we wstępie sposoby reagowania na rzeczywistość (uwikłanie w przeszłość i rzutowanie w przyszłość) przysparzają nam z reguły tego samego rodzaju trosk. Martwimy się więc, by nic nie zburzyło naszej świątyni spokoju, naszych własnych wyobrażeń, w których choć do końca nie jest nam wygodnie, to przecież zawsze jakoś swojsko. Raz więc opędzamy się od nowych zagrożeń, które nie pozwalają nam żyć w nasz poukładany sposób, burzą nasz z wysiłkiem wykreowany stan homeostazy. Kiedy indziej, unikając tego co jest, wybiegając wciąż do przodu, troszczymy się wyłącznie o to, by było wciąż inaczej, lepiej, tak jak chcemy, próbujemy więc notorycznie narzucić światu własny ład i porządek, częstokroć będący z nim w całkowitej sprzeczności. Obie formy postępowania ze względu na zapisane we własnym postulacie niepowodzenie nazwiemy tu upadaniem, podkreślając jednocześnie ułomność tej strony ludzkiej kondycji. Termin ten, deprecjonując znaczenie tego co rzekomo od życia (autentycznego) odległe, na stałe wpisano w naszą kulturę europejską, która często się do tego zwrotu, a w konsekwencji także i do dialektyki, odwoływała. Już Plotyn, rozważając problem różnorodności i jedności naszej osobowości, wspominał o upadaniu. Mówiąc o różnorodności zakładał, że wyraża się ona w naszej „niższej naturze”, w przeciwieństwie do jedności, która przejawia się w „wyższej naturze”. Uważał, że osoba jest zasadniczo bytem jednym i niepodzielnym, który przez rodzaj upadku i wychodzenia poza siebie spada w dół w nieskończoną różnorodność. W naszej różnorodności upadamy więc w codzienność, w sprawy, które nas zaprzątają, zamykamy się w doczesności, wikłamy się w niej bez reszty, tym samym niejako materializując się. Przez różnorodność stajemy się podatni na uformowanie, zupełnie jak materia dostępnego nam świata, jak drewno w rękach wprawnego stolarza. Upadając w zatroskanie codziennością, rozróżniając się, tracimy jednocześnie swą jedność, która dostępna jest nam jedynie (wg Plotyna) w duchowości. Oznacza to w konsekwencji, że jedność osoby dąży do połączenia się z jednością innych osób (na sposób duchowy), a każdy dąży ostatecznie do zjednoczenia się z samym Bogiem, by stworzyć tym samym klasyczną metafizykę. Obserwacja ta wydaje się dość zbieżna z potocznym doświadczeniem, według którego jedność nas samych umyka nam dokładnie wtedy, gdy wydaje się nam, że ją chwytamy, gdy poddajemy ją próbie przemyślenia (jedność umyka wówczas w duchowość). Każda próba dostrzeżenia siebie samego kończy się na kontemplacji jednego z niezliczonych stanów psychicznych, będących poza tym co w nas wspólne. Jak długo jednak nie podejmujemy tego wysiłku, jak długo więc nie troskamy się o siebie samych, umieszczając się tym samym w doczesności (w czasie obiektywnym, materialnym), tak długo czujemy, że jesteśmy jednością. Dlatego wydaje się, że jedność osoby istnieje, gdy nie jest postrzegana, kiedy nie wyodrębniamy jej z pewnej całości. Jedność umyka więc temu co zakorzenione w czasie1, w każdej zmysłowości, jedność jest zatem poza czasem, jej domem jest wieczność (a więc i Boskość). Stąd też zapewne tradycyjne wnioskowanie filozoficzne odczytuje jedność za rzecz transcendentną (oderwaną) od potocznego doświadczenia, tak jak jeden byt może być oderwany od drugiego. Zgodnie z tym wnioskowaniem to co doświadczalne, czy nawet dostrzegalne, co dostępne na wyciągnięcie ręki, jest sprzeczne z tym co duchowe, a więc, co tajemnicze, trudne, niedostrzegalne zmysłowo. Zostajemy więc postawieni przed problemem tego co pomiędzy, tego co dzieli, wobec czego potrzebna staje się nam pewna instancja, czyjeś pośrednictwo lub jakaś zasada unifikacji, aby usunąć interesującą nas różnicę.

Materia a intelekt

Za materię rozumiem świat nieożywiony, świat umarły wobec tego co zmienne, naszego życia. Świat materii dzięki naszej interwencji przybiera formy, dzięki którym staje się ludzki, a więc rozpoznawalny, swojski, obdarty z lęku. To świat bezformia budzi w nas trwogę, podobnie jak ich zmienność. Każdy z nas choć raz doświadczył nocnej wycieczki po lesie, gdzie każdy krzak, każdy konar drzewa czy gałąź w miarę zbliżania, zanim ostatecznie rozpoznany, dostarcza nam coraz to nowych koncepcji na to czym w danej chwili jest, budząc niejednokrotnie lękliwe skojarzenia. Ta sama materia w oczach innego człowieka przybiera inną formę o tyle jednak, o ile każdy z nas widzi to samo zjawisko na swój sposób (co znaczy, że nie jest tak, że ktoś widzi w miejsce jakiegoś ukrytego w mroku krzewu przykładowo karuzelę, a ktoś inny słonia; oboje widzą krzew, jednakże na swój własny sposób). Toteż forma przybiera często charakter jednostkowy, własny, jest zadomowiona w człowieku, raczej jemu przynależy, choć jest też udziałem nas wszystkich, kiedy wszyscy możemy o niej się wypowiadać. Człowiek może być formie poddany, tkwiąc w jej zastanych formach, ale i być jej wytwórcą, budując jej nowe wzorce. Forma może być zatem moim uwikłaniem w rzeczywistość, w to, w jaki sposób w niej się realizuję, spełniam, czy też od czego w niej uciekam, moje zaangażowanie w rzeczywistość zawsze przybiera jakiś wyraz2. Forma nie istnieje jednak bez materii, jest jej nierozłączna, powstaje za jej udziałem. Materia odpowiada za to, co najbardziej obiektywne, poddające się eksperymentowi, a więc będące podobnym do innych, możliwe do powtórzenia. Materia to budulec, substancja, na bazie której rośnie forma3. I tak jak pojęcie ‘człowiek’ ujmuje materialnie szereg podobnych sobie ludzi, tak też ten konkretny, którego napotykamy, ma swoistą, wyjątkową formę, i wymusza nią naszej do siebie dostosowywanie. Będąc żywym, wymusza ciągłą próbę opisu, zachowując jednak swą gatunkową tożsamość. Materia odnosi się we mnie do tego, co ogólnoczłowiecze, spójne z innymi ludźmi, to jednak, co we mnie specyficzne, jednostkowe, to forma, choć granica między nimi zawszę będzie płynna. Materia i forma są tożsame naturą z intelektem, jednakże to materia, ze względu na swą obiektywność, rozwija się z nim całkowicie spójnie, przerzucając z nim sobie nawzajem prawa w nich ukryte i przynależne. Intelekt poznaje materię i formę, ale to materię udaje mu się opanować, unieszkodliwić, użyć dla swoich potrzeb, przetworzyć tak, aby stała się środowiskiem dla naszego gatunku, polem jego działania. To dzięki poznaniu materii, a zatem i kategoriom intelektu, człowiek jest w stanie poczuć się w świecie jak u siebie w domu. Materia jednoczy przeto rzeczywistość do skończonej liczby jej kategorii, w przeciwieństwie do formy, która różni ją do granic poznania. Całkowita tożsamość cech intelektu z cechami materii pozwala mu przekształcać ją na wskroś, poznawać absolutnie, bez reszty, którą można by postawić między nas a badaną przez nas rzeczą. Materia i intelekt, bytując w tej samej rzeczywistości, wyróżniają tym samym swój własny sposób komunikacji, tylko sobie całkowicie przystający, dając sobie tym samym wyłączność na prawdę. Wszystko inne, wszystko, co nie przystaje do ich kryteriów zgodności, co nie da się odtworzyć tymi samymi regułami, jest obarczone błędem, a zatem fałszywe. Będąc absolutnie zapatrzonymi w siebie, wartościują rzeczywistość własnymi prawidłami, nie widząc już poza sobą świata. Skutkuje to tym, że intelekt próbuje rozpoznać rzeczywistość przy pomocy sobie właściwych kategorii, wyrzucając poza nawias wszystko, co nie mieści się w jego zakresie w ostateczności, zamykając sobie furtkę do poznania czegoś nowego, czegoś, co poza nim samym.

Czas

Intelekt pozwala wyłonić dany przedmiot z ogólnego potoku życia i obserwować jako rzecz od reszty życia odrębną, w ten sposób przenosząc ją do czasu nam wszystkim dostępnego, obiektywnego, czasu, w którym „porusza” się materia. Tylko to co unieruchomione intelektem, wyłowione z całości, jaką jest nasze życie, może być tym samym upublicznione (poddane obiektywizacji). To co publiczne zrywa tym samym swój pierwotny, jednostkowy kontekst, na rzecz kontekstu dostępnych nam wszystkim doświadczeń wspólnotowych. Jednocześnie tylko taka płaszczyzna odniesień umożliwia komunikację międzyludzką (odnoszącą się do materii i formy), tylko taka komunikacja umożliwia rozwój cywilizacyjny, a więc ten, który pozwala nam opanować siły natury, a więc przetrwanie wspólnotowe. Czas, który jest podłożem takiej komunikacji, ten który umożliwia skomunikowanie nas wszystkim w określonym momencie, ze względu na prostą analogię, nazwę czasem matematycznym. „Właśnie w tym czasie obraca się i działa nasze myślenie materialne, a więc to, którego świat jest przewidziany, przyczynowy”4. Jasnym się zatem staje dla nas, że z konieczności jest to czas nieruchomy, zawsze jednakowy (dla wszystkich), poza życiem (każdego z nas), a więc niezmienny (stąd pojęcie wieczności). Od tego czasu odróżnia się czas rzeczywisty, dostępny każdemu z nas w sposób nieprzewidziany, wciąż zmienny, każdego dnia inaczej rozpoznawany. Czas ten daje nam o sobie znać, kiedy to w zderzeniu z czasem matematycznym uświadamiamy sobie, że pewne zdarzenia, pewne chwile minęły nam zaskakująco szybko lub kiedy indziej wlokły się nieskończoność.

Intuicja

Tak jak wyczucie „czasu nas wszystkich” (matematycznego, materialnego) jest dziełem intelektu, tak wyczucie potoku życia, jego nurtu niepowstrzymanego, a zatem czasu rzeczywistego, jest udziałem intuicji. Tak jak intelekt zna tajemnice materii, tak intuicja zna tajemnice życia. Czysta intuicja mając do dyspozycji tylko „wiedzę” bezpośrednią nie stawia nas przed żadnymi wyborami. Wobec intuicji nie musimy rachować, obmyślać czy robić czegokolwiek. Intuicja, (tak jak miłość) nie dając nam możliwości wyboru, stawiając nas bezpośrednio wobec istnienia, staje się najbardziej pierwotnym źródłem ludzkiej wolności. Jest tak, ponieważ intuicja, będąc „wiedzą” bezpośrednią, nie posiada wiedzy na własny temat, a więc świadomości. Nic więc w tym dziwnego że intelekt, będąc systemem zamkniętym we własnych kategoriach, wobec intuicji czuje się niepewnie. Nie do niego przecież należy tajemnica życia, on może o nią co najwyżej pytać, ledwie się jej domyślać. Jednakże nowe konkrety odkryte mogą być tylko dzięki działaniu intuicji, a właściwie tylko dzięki połączeniu tych dwóch władz poznania. Dopiero wówczas będzie można „rozszerzyć naszą świadomość aż do bezmiaru jej istnienia i pozwolić jej ogarnąć, choćby na chwilę to, co dotychczas nieogarnione, niedostępne i niepoznawalne”5.

Natura rzeczywistości

To, że oddzielny postępek wydaje się zdeterminowany przez warunki, w jakich powstał, nie oznacza wcale, że możemy z tego wnioskować o determinizmie rządzącym całą rzeczywistością. Oddzielny postępek powstał poprzez intelektualne wydzielenie go z nieprzerwanego strumienia przeżyć, w którym nie ma zależności jednych jego części od drugich, ponieważ nie ma on w ogóle części. Strumień przeżyć jest niepodzielny, jednorodny, głęboko nam przynależny, intuicyjnie własny, naturalny, a więc sprzeczny wobec tego co zewnętrzne i powierzchowne, tego, co wyrazem działania świata zewnętrznego na to, co nam wrodzone, tego, co (intelektualnie) narzucone wobec tego, co w nas w ciągłym rozwoju. Zdając się we władanie intuicji jesteśmy w stanie otrzymać zupełnie inny obraz rzeczywistości niż ten, który jest dziełem (konstruktem) intelektu. Wbrew powszechnemu doznaniu rzeczywistość okazuje się wówczas zmienna, żywa, wciąż nowa, a więc niepochwytna. Wszelkie nam znane schematy, które dotychczas pozwalały nam ją jasno opisać, zrozumieć jej mechanizmy i prawidła, wobec tego co przekazuje nam intuicja zostają unieważnione. Świat skonstruowany intelektem, schematyczny, a więc przewidywalny, jest wobec rzeczywistości danej nam w intuicji nie tylko niezgodny, lecz całkowicie odmienny. Świat intelektu jest jasny, wyraźny i czytelny, w ten sposób opanowany, a więc i możliwy do odtworzenia, skrojony na naszą miarę po to, by mógł być w naszym posiadaniu. Nie jest to jednak prawdziwie bliskie życiu oblicze świata, jako że jasność i wyraźność świata intelektu, jego przejrzystość umożliwiająca nam jego posiadanie, odpowiadają naturze umysłu, a nie rzeczy.

Ciągłość istnienia

Odwołując się do tego co we wstępie, uznając to co świadome oraz intelektualne za rodzaj upadania, podkreśla się dystans, a więc i zależność od tego co nieuświadomione, duchowe. W ten sposób tworzymy dialektykę, w której zaklęciu często zawieramy kolejne uwikłania, czego staram się jednak uniknąć. Przeciwstawienie obydwu rzeczywistości jest nam o tyle bliskie, o ile nie wyklucza jednej z nich. Tak jak materia i forma pozostają w nieuchronnym związku, tak i intelekt z intuicją bez siebie istnieć nie mogą. Dążę jednak do tego, by otwarcie na to co nowe nie było tylko efektem znanych nam technik poznania, różnorodnych prac umysłowych, lecz by stało się też udziałem głębokiego wsłuchiwania się w siebie. Doświadczenie własnej czasowości, ze względu na swój nieustanowiony charakter przychodzi nam tutaj z pomocą. Samo intelektualne uświadomienie sobie faktu, że cała nasza przeszłość (choć na teraz zapewne ukryta w nieświadomości) może być nam w jednej chwili dostępna, że w danym momencie wszystko to, co przeżyliśmy i czego oświadczyliśmy, może być do naszej dyspozycji, jest trudno wyobrażalne. Tym niemniej, biorąc pod uwagę to, iż w każdym nowym doświadczeniu jesteśmy w stanie odwołać się do tego, co wcześniej doświadczone, do tego co potrzebne, by uchronić nas przed potencjalnym zagrożeniem zaistniałej sytuacji, że w każdej chwili pamięć naszego życia jest dla nas całkowicie dostępna, musimy się zgodzić z tym, że ciągłość naszego życia jest w nas w jakiś sposób zachowywana6, a nasza świadomość w sposób ciągły dokonuje pragmatycznej selekcji jej treści. Oznacza to, że nasza głęboko własna czasowość jest niepodzielna, czy też inaczej mówiąc, podział następuje tylko w naszej świadomości, w jej aktach, którymi postrzegamy rzeczywistość. Dokonuje się to tak, że „zanim przekształcimy nasze postrzeżenie we wspomnienie, czekamy zazwyczaj, aż nasza teraźniejszość dojdzie do swego kresu. Ta teraźniejszość zawiera wszystko, co w danej chwili robimy, gdyż nasza uwaga obejmuje w niepodzielnym akcie jedynie scenę, która trwa tylko przez pewien czas”7. Świadomość udostępnia nam więc przeżywaną rzeczywistość tylko w sekwencjach, oddzielnych odcinkach czasu, które sortuje sobie tylko znanym metodom użyteczności. W każdym jednak momencie jej pełen nurt jest nam potencjalnie dostępny, lecz tylko na sposób niezapośredniczony, a więc bez wiedzy na własny temat.

Różnica

Po cóż nam jednak te wszystkie opisy różnic dotyczące materii, formy, czasu, intelektu i intuicji, i metod im przynależnych? Jest nam to potrzebne, aby móc zrozumieć genezę intelektu oraz jego działanie, które chcemy przekroczyć8. Łatwo dostrzec, że intelekt sprzężony procesem symetrii z materią, jest jednocześnie jej panem i sługą. Raz udaje mu się ją podporządkować, kiedy indziej ulega jej, nie będąc w stanie już nic ponadto, co ona mu oferuje, wyróżnić. To co znane, wiedza, z jednej strony pozwala nam rozszerzać pole poznania, opanowywać intelektualnie obszar naszego wpływu, a z drugiej strony, będąc jej przynależni ze względu na jej powszechne zalety (jasność, przejrzystość), zatracamy inne metody poznawcze. „Intelekt jest panem materii, ponieważ zna jej tajemnicę, sługą, ponieważ błąka się w ograniczonym kole jej kategorii.”9 Co jednak najlepiej uzmysłowi nam różnicę, a zatem najlepiej pozwoli nam doświadczyć narodzin tego, co różne od intelektu, to niezwykle obrazowy przykład, zaczerpnięty z wielokrotnie już w tym tekście cytowanej rozprawy o Bergsonie autorstwa Bolesława Leśmiana. Kto zna choć trochę pracę wspomnianego autora, doskonale zrozumie alegoryczny charakter jego przykładu już od początku, innym polecam tę zabawę ze względu na jej efekt końcowy.

Zacznijmy od wyobrażenia sobie ryby zwanej rybą piłą. Posiada ona narząd, który jest przedłużeniem jej paszczy, a jednocześnie doskonale może ilustrować narzędzie dla człowieka sztuczne – piłę. Tym narządem wspominana ryba jest w stanie przepiłowywać różne przedmioty z umiejętnością wprawnego rzemieślnika. Dla niej jednak piłowanie nie jest tak jak dla człowieka nabytym rzemiosłem, lecz czynnością bezpośrednią, jak dla nas czynność wzrokowa czy słuchowa. Pomiędzy czynnościami wrodzonymi, zarówno dla ryby, jak i dla człowieka, nie ma wyboru, różnicy, nie ma namysłu, a więc i decyzji. Dla ryby jej ciało wraz z narzędziem nie jest poza nią, lecz w niej samej, nie może więc ona swemu ciału nakazywać, ponieważ życie i ciało, z którego się ona składa, to jedność, nie ma między nimi różnicy. Wyobraźmy sobie teraz hipotetyczną sytuację, w której ta sama ryba posiada rozum i zmysł inwencyjny oraz traci wskutek jakiś podwodnych przygód swój narząd. Potrzeba życia zmusza ją do użycia ciała i wynalezienia podobnego, lecz tym razem sztucznego, będącego poza nią narzędzia. W takim wypadku użycie narzędzia wymaga szeregu ruchów towarzyszących pragnieniu, zamiarom, planom i celom, w ostateczności wytwarzając pracę. Można już teraz (w przeciwieństwie do tego, co było) chcieć coś zrobić, a nic nie czynić, można nie tylko czynić, ale i wiedzieć, co się czyni. „Piłowanie z czynności odruchowej, nieświadomej, instynktownej przemienia się w rzemiosło, wynalazek, pracę świadomą i rozumną. Jest to właśnie chwila narodzin intelektu i przemysłu, to znaczy: pracy przemyślanej, wynalazczej. Liczba wynalazków technicznych rozszerza (teraz) teren wyboru, zakres świadomości i jednocześnie rozszerza granice naszego panowania nad materią.”10 Jest jednak i w nas pewien ogólny rodzaj czynności, wobec której my ludzie jesteśmy w podobnym stosunku jak wspomniana ryba do swej czynności wrodzonej. Wobec niej, podobnie jak wobec patrzenia i słuchania, pomiędzy naszym chceniem a czynem nie ma różnicy, dystansu, świadomości. Nie możemy więc tej czynności ani dostrzec, ani usłyszeć, rozłożyć jej na zamiar, wybór i cel. Cokolwiek czynimy, nawet gdy próbujemy jej zaprzeczyć, ona jest zawsze z nami. Tą najogólniejszą ludzką czynnością jest nasze istnienie. To ono, znane tylko instynktowi, będąc obecne w niepodzielnym horyzoncie czasu, w którym żyjemy, nie będąc tym samym w naszej dyspozycji, jest próbą wyjścia poza to, co względne11, a więc ograniczone. W odróżnieniu od poprzednio wspomnianej instancji zewnętrznej, niezbędnej do naszego wyzwolenia, pojawia się w nas teraz nowa perspektywa. Nasze istnienie, uprzednio nierozłącznie od czegoś transcendentnego zależne, będąc wówczas uwikłanym w to, co z natury różne, jest teraz w stanie przezwyciężyć opór różnicy, zwracając się do tego, co jej najbardziej własne i bliskie. Dzięki odnowionej wierze we władze pozarozumowe umysłu ludzkiego (intuicja), w jej objawienie, w możliwość nagłego i bezpośredniego oglądania prawdy, chwila, a więc czas rzeczywisty, staje się naprawdę wiecznością, a jej wyczucie odkrywa prawdę ukrytą przed oczyma rozumu.

Ciało i słowo

Każda z naszych myśli, oświetlając swą jasnością skrawek dostępnej nam rzeczywistości, otoczona jest mrokiem mglistym potoku istnienia. Raz z niego wyłowiona, po czasie jakby z natury, na nowo osuwa się w jego nurt, spokrewnia się z nim wtórnie. W tym światłocieniu tajemniczym, mroku niepewnym kryją się zadatki naszego instynktu na nową przyszłość, przekraczającą zakres naszego rozumu, na nową filozofię życia z istnieniem bytującą. Będąc niepochwytnie zmienną, na myśleniu w czasie rzeczywistym opartą, nie pozwalającą żadnej rzeczy martwej, żadnego odrębnego przedmiotu wyłonić, byłaby od razu całym życiem, nie zaś poszczególnymi przedmiotami, pojęciami, słowami, zdaniami i nawet najszerszymi skrótami myślowymi w rodzaju systemów metafizycznych stanowiona. „Pomiędzy takim myśleniem a jego przedmiotem (życiem) nie byłoby żadnej różnicy, żadnego przedziału. Myślenie tego rodzaju zlałoby się ze swoim przedmiotem w nierozerwalną, niepodzielną jedność, stałoby się samym przedmiotem.”12 Myślenie takie nie miałoby ani czasu na świadomość, ani jej potrzeby, nie byłoby więc potrzeby kierowania myślenia do tych lub innych celów, nie byłoby więc potrzeby wyboru. „Wiedza doskonała wyłącza wiedzę tej wiedzy. Poznaje życie od razu w jego danej całości, w jego locie, rozpędzie, w jego niepowstrzymanym potoku. Gdyby wszakże stał się cud, dzięki któremu zdobycz instynktu stałaby się jednocześnie zdobyczą intelektu, ciałosłowem (nie odwrotnie), to świadomość otrzymanej w ten sposób i wysłowionej tajemnicy rozpromieniłaby się w nas jako szczęście osiągnięte, jako ekstaza, której żadna z dotychczas znanych nie dorówna.”13 Jednakże ekstaza taka, bywając jedynie „cudem chwilowym”, nie może być w nas trwale zakorzeniona; pamiętajmy, że to intelekt narzuca nam jasność i trwałość przekonań. Ekstaza taka swym nagłym dopełnieniem, okamgnieniem nagłym, ujawnić się może w naszym przelotnym spojrzeniu na życiowy pęd własny, istnienie nasze niepochwytne, na skraju instynktu i intelektu bytujące. Będąc na łasce intuicji, zezwala się nam na wyczucie chwili naprawdę wiecznej, tej samej, w której Budda w cieniu swego drzewa poznaje nagle istotę wszechrzeczy. Pamiętajmy więc, że „myśleć intuicyjnie to myśleć w trwaniu”14.

1 Mówiąc w tej chwili o czasie mam na myśli czas obiektywny, nas wszystkich, zapośredniczony tym dla nas wszystkich wspólne, a więc możliwy do wspólnego doświadczenia. Więcej o czasie piszę w dalszej części tekstu.

2 Zasadniczo koncepcja materii i formy pochodzi od Arystotelesa. U niego materia jest składnikiem, budulcem świata, na kanwie której urasta forma. Jedna bez drugiej jednakże nie istnieje, są nierozłączne. Materia jest bardziej potencjalnym stanem rzeczywistości, której to forma dopiero nadaje ostateczny wizerunek. Często przytacza się obrazując ten klasyczny związek temat rzeźbiarza, który wykuwa z kamienia (materii) jakąś rzeźbą (formę)

3 Innym rozróżnieniem materii i formy jest poddanie ich próbie wysłowienia. Forma, jako że z natury bardziej jednostkowa, przynależna autorowi, może być czasem niekomunikowalna, czyli nie dająca się sensownie wysłowić (stąd inne próby jej urzeczywistnienia, takie jak malarstwo czy muzyka, stąd też jej czysto ludzki wymiar). Mamy wówczas wrażenie, że wiemy, czym jest, lecz brak nam stosownych środków, by to ująć w sensowny przekaz.

4 Bolesław Leśmian, „Z rozmyślań o Bergsonie”.

 

5 Tamże.

6 Przywołam tu znane zapewne wszystkim relacje osób, które „otarły” się o śmierć, którym to w jednej chwili całe życie ukazało się przed oczyma.

7 Henri Bergson, „Problem osobowości”.

8 To, czy pracą intelektualną można wyjść poza sam intelekt ,staje się już tym samym oddzielnym pytaniem filozoficznym, które z konieczności pozostawię bez komentarza.

9 Bolesław Leśmian, „Z rozmyślań o Bergsonie”.

10 Tamże.

11 Jest próbą wyjścia poza względność świata poprzez to, że nie zakłada z góry jakiejś systematycznej jego jedności, czyniąc tym samym konieczność bycia w posiadaniu jakiejś zewnętrznej instancji, mogącej ową względność świata wówczas przezwyciężyć. Tradycyjny wymóg transcendencji (zewnętrzna instancja) zostaje przezwyciężony zarówno poprzez to, że nie odwołujemy się już do jakiegoś bytu zewnętrznego, ale do czegoś, co immanentnie ludzkie (do jego czasu wewnętrznego, rzeczywistego, jego ciągłości, a więc naszego istnienia).

12 Bolesław Leśmian, „Z rozmyślań o Bergsonie”.

13 Tamże.

14 Stanisław Borzym, „Heidegger a Bergson” [w:] „Obecność ryzyka”.

~~

Maciek jest od dawna miłośnikiem filozofii, od paru lat psychologii (opartej na pracy z ciałem oraz nurtach fenomenologicznych), ostatnio odkrywający jogę (u Patrycji i Piotra) oraz medytację.

O autorze

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *