Select Page

Joga współcześnie… – Nina Budziszewska

Joga współcześnie… – Nina Budziszewska

Jogaś-czitta-writti-nirodhah, joga jest zatrzymaniem poruszeń mentalnych (Jogasutry Patańdżalego)… ale czy na pewno? Joginem nie jest ten, kto nie podejmuje się swojego obowiązku i nie podtrzymuje ognia ofiarnego, lecz ten, kto ku owocom swoich czynów nie lgnie (Bhagawadgita).

Joga to samadhi, to siła, energia życiowa, połączona z najwyższą wiedzą, dżnianą, która ma na celu wyjście poza kołowrót wcieleń, śmierć i cierpienie wpisane w ludzką egzystencję. Jednak nawet odkładając na bok eschatologiczny cel jogi, jakim jest moksza i nirwana (nirwana nie jest tylko buddyjskim pojęciem, zresztą i w samym buddyzmie pojawiają się różne techniki jogiczne), przyglądając obecnemu stanowi jogi w świecie zachodnim, trudno wskazać spoiwo, które łączy obecną jogę posturalną z jej indyjskim źródłem i esencją. Jaka jest zatem ta indyjska esencja?

Joga nie odbywa się dwa razy w tygodniu w zamkniętych ścianach, prowadzona pod okiem instruktora, który często zamiast w jakiś sposób uspokajać oddech jogina, próbuje korygować jedynie ciało i wprowadzać w kolejną asanę.

Nie są nią na pewno asany, nie jest rozciąganie, nie jest to anatomiczne rozumienie ćwiczeń jogicznych, nie są kadzidełka, mantrowanie, relaksacja, uspokajanie oddechu, wejścia na matę i po godzinie zejście. Joga nie odbywa się dwa razy w tygodniu w zamkniętych ścianach, prowadzona pod okiem instruktora, który często zamiast w jakiś sposób uspokajać oddech jogina, próbuje korygować jedynie ciało i wprowadzać w kolejną asanę. Asany przecież nie zostały stworzone po to, by prowadzić do bardziej skomplikowanych ich układów, wymagających coraz większej sprawności cielesnej. Owszem, ciało jogina jest rozciągnięte, zwinne, silne (joga przecież zwana jest siłą, bala i hatha w sanskrycie), piękne, ale… paradoksalnie nie dzięki asanom. Asany są tylko narzędziem, rodzajem szlifu nakładanego na oddech, fizyczny przejaw prany (życiowej energii). Prana z jednej strony odpowiada za motorykę ciała, jego sprawność, rozciągnięcie, „fikuśność” asany, a z drugiej strony – uspokaja, harmonizuje umysł i jego mentalno-emocjonalne porywy. Prana wprowadza świadomość w ciało, asany ją jedynie pobudzają, uspokajają, poddają pod kontrolę świadomości jogina – każda na swój specyficzny sposób.

Joga na pewno nie znajduje się w biznesie, który wokół niej narósł – wielość szkół, często mających więcej wspólnego z fitnessem niż sztuką jogi, rywalizujących o klienta, a o Patańdżalim wspominających jedynie przy jakiejś okazji. Albo i nie. Na co komu w dzisiejszych czasach znajomość podstawy jogi, czyli: Patańdżalego, Upaniszad, Bhagawadgity, Hathajogapradipiki, i reszty wspaniałego kanonu jogicznego pisanego przez niemal dwa tysiące lat? Lepsza wydaje się znajomość anatomii ludzkiego ciała i… twardych praw Rynku.

Ile razy słyszę, że: „Ta cała indyjska otoczka mnie nie obchodzi”, albo „Ja tu jestem dla zdrowia, dla cielesnej sprawności i dobrego samopoczucia” lub „Ja tu jestem od fizycznej roboty”. Tu, czyli gdzie, bo na pewno nie na jodze? Niedawno ktoś nawet zadał mi wspaniałe pytanie. W jednej z kawiarni, przy zielonej herbacie z dodatkiem aśwagandhy, mama mnie zapytała – „Dlaczego mówi się <<szkoły jogi>>, a nie <<szkoły asan>>? Przecież ile tam z jogi jest?”. Nie wiem. Nie wiem, mamo.

W Indiach po skończonej praktyce jogi, bez różnicy czy przed wschodem słońca, w palącym i dusznym upale, czy o 3h nad ranem, zawsze mogę porozmawiać z mistrzem o tym, co się wydarzyło we mnie na macie. Mistrz nie przestaje bowiem być joginem, gdy opłacona godzina zajęć się kończy. Pamiętam dwie godziny rozmowy w Dharamśali, w tybetańskiej restauracyjce przy Centrum Tybetańskim, gdzie właśnie dobiegła końca nasza praktyka jogi, a ja z nowopoznaną Kanadyjka i mistrzem mieliśmy ochotę porozmawiać o jodze przy herbacie kombucha. Pamiętam Haridwar i mojego mistrza, który tyle godzin ze mną spędził na rozmowach o jodze, duchowości, medytacji, Iśwarze, a po każdych zajęciach pytał, czy wszystko okej, co myślę i co czułam w sobie, praktykując daną pranajamę, którą na dany dzień mi dobrał. Pamiętam Rishikesh i nocną rozmowę z główną opiekunką aśramu Paramarth Niketan – nie miała czasu, bardzo się spieszyła, ale potrzebowałam rady w pewnej kwestii – zaraz miałam jechać w wyższe partie Himalajów i byłam bardzo niespokojna. Swamini poświęciła mi pół godziny. Pamiętam Wietnamczyka, która razem ze mną nocował w niwasie Złotej Świątyni w Amritsarze i każdego poranka wstawał przed wschodem słońca, szedł do Złotej Świątyni, zasiadał w pozycji medytacyjnej przed świętą Księgą sikhów i medytował bez ruchu, wiele, wiele godzin. Wracał na chwilę do pokoju, z jabłkami, dawał mi ich kilka i próbowaliśmy rozmawiać. Nie wychodziło nam, jego angielski był prawie nieistniejący, podobnie jak mój wietnamski, ale próbowaliśmy i jakoś w tej pozawerbalnej przestrzeni nasze duchy się spotykały. Kończył jeść jabłka i wracał do Świątyni, pozostawał tam do późnego wieczora.

Tutaj, w tym nieindyjskim świecie, nie ma czasu na rozmowę, na radę, na… pobycie jednego człowieka z drugim, medytacja to rarytas, pranajama jeszcze mniej znana. I nie mówię tutaj o pranajamie jako technikach kontroli oddechu, nie o oddech w pranajamie chodzi! W jodze w ogóle nie chodzi o technikę. Technika z czasem się pojawia, lecz nie jako cel, ale jeden ze środków ubocznych.

W żaden sposób nie uważam jednak, że nie ma u nas wspaniałych szkół jogi i nauczycieli jogi, dla których bycie joginem nie oznacza tylko opłacanego zawodu czy też działalności gospodarczej, ale jest sposobem życia i poznawania siebie (Siebie). Pamiętam jeszcze jedno himalajskie doświadczenie związane z jogą, a dokładniej – z medytacją.

W zeszłe wakacje z grupą Izraelczyków i Chińczykiem nocowaliśmy w guesthause’ie tybetańskiego klasztoru Dhankar w indyjskich Himalajach (https://ateliermysli.com/2017/10/30/himalajskie-impresje/). Porankiem chodziłam medytować do malutkiej buddyjskiej świątyni na wzniesieniu, czasem ktoś się dołączał do mnie. Razu pewnego, gdy byłam w głównej świątyni klasztoru, podszedł do mnie pewien mnich, chwycił za dłoń i przycisnął swoje czoło do mojego (buddyjski gest oznaczający bardzo zażyłą przyjaźń) i powiedział, że gdy następnym razem przyjadę do Dhankar, to będzie ze mną wspólnie medytować. Nie wiem, co na to Patańdżali czy Bhagawatgita, ale to chyba właśnie zwane jest jogą.

About The Author

Nina Budziszewska

Prywatnie pasjonatka sanskrytu, herbaty i yerba mate oraz myśli indyjskiej i tybetańskiej, a z wykształcenia doktor nauk humanistycznych ze specjalizacją w filozofii indyjskiej, wykładowca w Zakładzie Filologii Indyjskiej (Uniwersytet Wrocławski), (więcej: https://ateliermysli.com/).

Leave a reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *